Na ratunek męskości

Mężczyźni nie lubią nowinek technologicznych. „Jak to nie lubią?! – krzyknie ten czy tamta – przecież lubują się w gadżetach, siedzą w necie całymi dniami, śledzą te swoje tabelki”. Nooo, tak. Nie lubią. Żaden się do tego nie przyzna, ale armia mikroprocesorów i obwodów scalonych spycha nasze przewodnictwo na dalszy plan. Od tego już tylko jeden hyc do upadku roli społecznej i tych wszystkich rzeczy, na które ciężko pracowaliśmy przez ostatnie kilkanaście tysięcy lat. Z tego właśnie powodu jeździliśmy z Masem wyłącznie na mapach.

Mapach. Tradycyjnych, papierowych, dostępnych w sprzedaży na stacjach benzynowych bądź, w wersjach exclusive, w salonach prasowych. Takich składanych w harmonijkę, która rozkłada się samoczynnie pokrywając papierem pół parkingu, ale bez specjalnego podejścia i hektolitrów cierpliwości (cierpliwość się liczy w litrach?) ni cholery idzie jej później zwinąć. No, w każdym razie siedzieliśmy z Masem nad tymi mapami i dowodziliśmy całemu światu swojej alfa męskości. W dziczy, na opuszczonych stacjach, poza zasięgiem wszelkich spojrzeń. I to tak, ten*.

Przed postępem nie da się tak łatwo uciec. Pod tym względem ostatnie lata są wyjątkowo ciężkie. Ot, np takie wojsko zluzowało magazyny i oddało technologię GPS w ręce ludu (być może dlatego słyszymy czasem, że mamy skręcić w rzekę na środku mostu. Diabli wiedzą, co oni w tym wojsku wyprawiali). Tymczasem lud, wdzięczny współczesnym prometeuszom, w swoich pojazdach zaczął rozpalać ogniska udanych wypraw. Oszczędzając Wam większej ilości durnych metafor – przed kolejną wyprawą firma TomTom zlitowała się nad nami i podesłała dwa zestawy nawigacji „Rider”.

Chusteczki higieniczne i okulary nie stanowią części zestawu.

Chusteczki higieniczne i okulary nie stanowią części zestawu.

Pierwsze spotkanie z „Riderem” przebiegło w napiętej atmosferze. W chwili, w której próbowałem rozszyfrować działanie guzików mieszczących się na obudowie, Masu starał się ogarnąć żelastwo trzymające w kupie ekranik z motocyklem. Po kilku dniach zmagań nawigacje wylądowały w sakwach, a my beztrosko ruszyliśmy przed siebie. Do pierwszego rozjazdu. Na autostradzie.

– Maseł, a może zamiast tak stać na środku, wiesz, po ciemku, to zobaczymy jak ten TomTom działa? Zanim coś nas rozjedzie?

(Masu jeszcze wtedy nie wiedział, że i tak go rozjedzie).

– Eeee, jak chcesz. Ja tu mam kartkę, na której spisałem zjazdy…

– Patrz, włączył się, skubaniec!

Nawigacja rozjarzyła się niczym Czernobyl 26 kwietnia po czym bezzwłocznie skierowała nas w wir akcji. Miła pani (spodziewaliśmy się raczej głosu HAL9000) kazała zawrócić i zjechać z autostrady. Odrzucając męską dumę przyjęliśmy polecenie z pokorą.

Jakieś 50 kilometrów dalej okazało się, że coś nie bangla. Droga ekspresowa zamieniła się w jednopasmową, podmiejską ścieżkę z widocznością równą kodowanym kanałom Polsatu. Nie tak wyglądają główne szlaki komunikacyjne na Zachodzie. Zwłaszcza te, którymi już kiedyś jechaliśmy. Przyszedł czas, żeby usiąść na poboczu i rozważyć sytuację.

– Czupryn – Masu starał się mówić tak, żeby nie opluć mnie przeżuwaną kanapką – ten szpej ma jakieś opcje.

– Co mówisz?

– MÓWIĘ (gulp), że  ten szpej ma jakieś opcje. Patrz, tu się zmienia różne rzeczy.

Faktycznie, okazało się, że nawigacje XXI wieku oferują różne warianty przejazdu. Widać ktoś próbował nam umilić drogę, gdyż mapy w obu „Riderach” były ustawione na trasy kręte. Fajna sprawa, ale nie o pierwszej w nocy w Szczebrzeszynie (to nie był Szczebrzeszyn ani nawet Kuśki Dolne, ale wiecie, o co chodzi). Po parominutowej zabawie z guziczkiem i przejechaniu następnych kilkudziesięciu kilometrów bieg historii wrócił do normy. Masu, zgodnie z planem, mógł zostać rozjechany.

Morał z tej opowiastki taki, że nawigacje TomTom ratują porządek wszechrzeczy. Gdyby nie to, że trochę rozwlekłem się w powyższych akapitach, to dowiedzielibyście się, że „Rider” świetnie spisuje się w miastach, we wsiach i na niektórych bezdrożach. Fajnie go mieć tuż przed nosem w chwili, w której nie można znaleźć noclegu. Albo jedzie się za kumplem, na światła (niebawem dowiecie się, co to jazda na światła). Albo szuka zakrętu do zdjęć.

Albo zostawia mapę na tapczanie w domu.

*nawet wśród alfa-uber-przewodników rodzą się specjalne więzy. Tak zażyłe, że dzielą się ze sobą skitraną na czarną godzinę kanapką. Z kurczakiem.

Za użyczenie nawigacji dziękuję serdecznie firmie TomTom. To dzięki Wam doświadczyliśmy dobrodziejstw współczesnej technologii.

PS: Zamawiam wersję z głosem Douglasa Raina. Albo podobnym.

Reklamy

3 responses to “Na ratunek męskości

    • W lekko nieroztropnym wydaniu na dodatek w przypadku bawarskim.

      Co do nawigacji w motocyklu, to zapisuję sobie w domu na kartce numery dróg. Dzięki temu awaria/brak zasięgu GPS/rozładowana bateria nie będzie przeszkodą nie do pokonania 🙂 No i chyba jednak jest coś takiego, że jak trasa jest dokładnie wytyczona to chce się nią jechać, a ja lubię czasem coś sobie zmodyfikować pod wpływem chwili (O! Jaka fajna droga, chyba tam skręcę).

  1. Ja jakoś nie umiem zaufać nawigacji, owszem używam jej, ale oprócz tego staram sobie przed wyruszeniem utrwalić trasę w głowie a nawigacja mi tylko podpowiada/przypomina gdzie jechać. Tak w ciemno ruszyć mając włączoną nawigację bym sie nie odważył, wiem jakie to staroświeckie i zacofane, no ale co zrobić 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s