Dupa, nie kierowca

Położyłem motocykl. Dosłownie. Zasuwam całe 10km/h i nagle jak nie pieprznę. Na nic zdała się walka do końca, na nic zdał się morderczy trening, którym katuję się od miesiąca – przednia opona pisnęła krótkie „dziękuję” i pożegnała się z przyczepnością. Co było robić, wziąłem szpeja na klatę (również dosłownie) i leżę jak wół na rykowisku.

Wydawało mi się, że błędy świeżaków są już dawno za mną. Przez ostatnie parę sezonów przód puszczał co najmniej kilkanaście razy, ale zawsze jakoś z tego wychodziłem. Wiadomo, w tym wypadku to raczej kwestia szczęścia niż skilla, ale jednak. Tym większe było moje osłupienie, kiedy walczyłem z przewracającym się bajkiem, próbując ocalić resztki honoru. Całość mógłbym zwalić na puszkę przede mną, ale tym razem nie da rady. Koleś po prostu musiał przyhamować. Mógłbym próbować się również tłumaczyć śliskim asfaltem czy jakimś rozlanym gównem, ale tak naprawdę, to za mocno wdusiłem hamulec. Mea culpa.

Refleksja przyszła później/ fot. M. Wójcik

Refleksja przyszła później/ fot. M. Wójcik

Teraz nie wiem, czy zjarać buraka czy zakopać się w asfalt. W zasadzie to zostaje mi tylko rżenie pod nosem, bo motocykl pechowo przytłukł mi nogę. Ha, więcej, znowu leżę na lewym boku. Nie, wróć – leżę na środku drogi tamując ruch z obu stron, przy czym wypierdoliłem się na lewą stronę. Nie trwa to długo, gdyż z najbliższej puszeczki wybiega starszy człowiek, na oko dwa lata przed bajpasami, i zaczyna pluć mi na szybkę:

– Dupa z ciebie, a nie kierowca! Jak się nie umie to się na motocykl nie pcha!

I co ja mu mam odpowiedzieć? Macham tylko kciukiem, że ok, masz rację, ale weź pomóż. Dźwigamy bajka, on coś tam jeszcze sepleni pod nosem i wraca do swojego Opla. Fajne jest to, że oprócz niego sytuacją interesuje się kilka innych kierowców, wszyscy w samochodach. Życzliwie nawet. Co prawda jeden nadgorliwiec chce wzywać policję i karetkę, ale tym razem już ze szczerym śmiechem pięknie dziękuję. W sumie lepiej tak, niż w drugą stronę.

Straty niewielkie – lekko obdarte lusterko, ciężarek kierownicy i ryska na deklu. Da się przeżyć. Naciągnięte ścięgna i ubity po raz enty palec również jakoś ogarnę. Gorzej z dumą. Wiecie jak jest, człowiek mozolnie zdobywa doświadczenie, przechodzi kolejne kręgi piekieł, a ostatecznie zalicza fikołka w stylu godnym kursanta po dwóch dniach jazdy. Z drugiej strony nabyłem nową umiejętność. Teleportowałem się stamtąd tak błyskawicznie, że Jumper przy mnie to zwykły amator.

Cóż, lekki kuksaniec na otrzeźwienie nie zaszkodzi.

Reklamy

11 responses to “Dupa, nie kierowca

  1. jestem tego zdania, ze za kazdym razem kiedy jedziesz na maszynie i pomyslisz sobie jaki to nie jestes fajny, albo inaczej, poczujesz sie za pewnie to po prostu kara Cie . Trzeba miec szacunek do sprzetu niezaleznie czy to stara MZ czy czy 1198… no i oczy kameleona 🙂

  2. Artykol zacny, ze tak na wstepie zagaje. Widze ze i mnie nie ominela lekcja sztuki latania i jakby to zanucil pewien „murzynski” spiewak – you are not alone ;). Osobiscie mam wrazenie ze spotkanie 3-stopinia z asfaltem cofa skilse o 2 lvl, ale na szczescie tylko chwilowo. Pozdrawiam i zycze tysiecy nawinietych km. Arci

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s