Slovakiaring – ego vs. rzeczywistość

Prosta startowa. Tysiąc metrów rozmazanych linii oraz górujących nad nimi trybun. Te ostatnie, mimo skromnej widowni, nakręcają do nadprogramowego wysiłku. Zasiadający na nich koledzy potrafią być bezwzględni. Spinam pozycję i jednocześnie rozkręcam rollgaz do końca. Niech mają. Dwie sekundy później hamuję na łeb, na szyję i wgryzam się w pierwszy zakręt. Kolejny raz, wciąż od nowa.

Na Slovakiaring trafiłem po raz pierwszy. Wiele słyszałem o tym obiekcie, co nie napawało mnie szczególnym optymizmem. Dla amatora trackdayów przymiotniki „trudny”, „szybki” (a nawet „cholernie szybki”) oraz „techniczny” zwiastują kosztowne naprawy i ciężką rehabilitację. Do tego, niczym widmo, wisiał nade mną zakręt „za górką”, którym straszy się młodszych motocyklistów przed snem. Fenomen tego winkla polega na tym, że możesz go dostrzec dopiero w momencie, w którym musisz już szlifować kolanem. Owocuje to bolesnym zaskoczeniem i całkiem konkretnym wrakowiskiem tuż przy bandzie. Szczęśliwie okazało się, że podczas naszych sesji feralny zakręt jest w remoncie. Feind ging zum Teufel.

– To co, grupa B, nie? Zapierdalasz?

Z tym błogosławieństwem odebrałem swój przydział. Intuicja podpowiadała mi, że właśnie dostałem wilczy bilet. Fakt, nie był to mój pierwszy raz na torze, ale z drugiej strony – nowy obiekt w połączeniu z bandą półprofesjonalnych napaleńców może pokonać każdego. „C” byłaby idealna. Tylko jak powiedzieć, że się nie zapierdala? „Yyy, ziomuś, ale ja jeżdżę słabo. Weź mnie wrzuć jakoś niżej. O, eF będzie w dyszkę”. Nie, sorry, jeżeli ginąć, to jak bohater.

Tośka rwie do przodu. Ja zaraz za nią.

Tośka rwie do przodu. Ja zaraz za nią.

Kilkadziesiąt minut później, gdzieś pomiędzy trzecim, a czwartym zakrętem, wizje chwały prysły niczym dres przed psiarnią. Przerzucam motocykl z prawej na lewą, składam się w pozycji, wbijam wzrok w „czubek”, dodaję gazu i… po zewnętrznej, bez zbędnych ceregieli, objeżdża mnie typ krzeszący iskry łokciem. Za nim kolejny. I jeszcze jeden. W międzyczasie jakiś świr pcha się między moje kolano, a apeks zakrętu. Czuję się, jakby właśnie otoczył mnie rój rozwścieczonych szerszeni. Chłopaki, tak tanio skóry nie sprzedam! Desperacko szarpię manetką, co owocuje lekkim slajdem na wyjściu z łuku. Przed parę sekund trzymam się na ogonie moich pogromców, po czym wychodzi na jaw, że nie mam jaj. W chwili, w której tylne koło podbija od wduszonego hamulca, oni po prostu jadą dalej. Ego vs. rzeczywistość – 0:1.

Kolejna sesja. Rozglądam się z uwagą po swoich oprawcach. Jakoś tak ich mniej. W międzyczasie jeden z technicznych pyta, czy nie znam gościa, który zgubił łańcuch na prostej startowej. Na dowód swoich słów macha mi przed nosem kawałkiem żelastwa. Faktycznie, siedząc na trybunach widziałem, jak jeden z „szybkich” miotnął jakimś syfem. Ale że łańcuch…? Nie ma czasu na zadumę, zielone światło, sygnał, go. Pierwszą połowę okrążenia przejeżdżamy spokojnie. Tzn. ja się staram nie zgubić stawki, chłopaki grzeją opony. Nagle ogień. Szybkie, płytkie złożenie w prawy łuk, ostre hamowanie, 90 stopni w lewo i przełamanie. Tośka wściekle wystrzeliwuje na krótką prostą, po czym szarżuje w kolejny winkiel, warcząc krótko „za mną”. Robię wszystko, żeby nadążyć. Są pierwsze efekty – zaraz na wyjściu objeżdżam jakiegoś marudera. Pewnie również trafił do „B” przypadkiem.

Kilka kolejnych łuków, potężnie szybki zakręt w prawo. Jakiś inżynier pomylił projekty i zamiast toru wyścigowego zrobił tor bobslejowy, jednocześnie profilując zakręt ku zewnętrznej. Zmagam się z przeciążeniem, koła rwą ku poboczu, walka, walka, walka. Nagle horyzont przysłaniają mi fontanny żwiru i kurzu. Żółto-czerwona flaga, koniec dobrych czasów. Gość, który jeszcze parę sekund wcześniej orał słowacki asfalt, zwinął się w kłębek i czeka na pomoc. Odruchowo odpuszczam. Życiówka jest (w końcu jestem tu po raz pierwszy), mieszczę się gdzieś w połowie stawki. Mierzyłem 3-4 sekundy wyżej, ale na teraz wystarczy. Wyciągam lewą rękę i z pokorą zjeżdżam do depo.

– Idź, sprawdź sobie czas.

Sprawdzę następnym razem.

PS: Za organizację wyjazdu oraz dwa dni „szybkiej jazdy” lecą wielkie podziękowania dla Motormanii. Jeżeli na tor, to tylko z nimi.

Reklamy

8 responses to “Slovakiaring – ego vs. rzeczywistość

  1. Podejrzewam, że dla mnie byłoby za szybko. Bardzo lubię zakręty, im ciaśniejsze, tym lepsze, natomiast nie przepadam za szybkością. Z tych powodów preferuję tory kartingowe. Ale kto wie, może kiedyś?

  2. Sorka, ale ja tak z innej beczki. Mimo, że bardzo lubie swoją faze, ale coraz częściej nachodzi mnie myśl, która spędza mi sen z powiek – zmień coś w życiu. Żony nie wygonie, na dom mnie jeszcze nie stać, no to co motocykl. Czy naprawdę supermoto, to takie łatwe w prowadzeniu i opanowaniu maszynki ????? Kurcze ogladałem ostatnio kilka filmów o tych koniach, dzisiaj motormania dodała filmik supermoto vs supersport i kurcze chodzi za mną HUSABERG ………… Jak ugryźć ten temat ??? plz nie odsyłajcie mnie do forumów i innych znachorów. Pomóżcie to nie będę brał rozwodu 🙂

    • Nie wiem, czy Ci to pomoże, ale mi i kilku osobom w otoczeniu supermoto chodzi po głowie już od dawna. Wszystko zależy od tego, w jaki celujesz silnik i masę, ale w tym segmencie zdecydowanie więcej jest nieokiełznanych dzikusów niż „łatwych w prowadzeniu, opanowanych maszynek”. Co do Husaberga się nie wypowiem bo nie miałem styczności 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s