Polska myśl techniczna

Podobno nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być gorzej. Przekonała się o tym krowa, która najpierw zaklinowała łeb pod płotem, a później została wypatrzona przez potrafiącego spożytkować tę okazję byka. Parę miesięcy temu przekonaliśmy się o tym również my. Po ciężkim spotkaniu z tirem, Masu otrzepał tyłek, a ja z ulgą stwierdziłem, że wyczerpaliśmy cały limit nieszczęść już w pierwszym dniu. Niedługo później okazało się, że nic bardziej mylnego. Jak szło to stare, motocyklowe przysłowie? A, wiem. Nieszczęścia chodzą parami.

Byliśmy gdzieś na bocznej drodze, Słońce pięknie dogrzewało asfalt, a ja właśnie znalazłem najbardziej fotogeniczny zakręt w okolicy. Wystarczyło rozstawić się gdzieś na łuku i cykać Masa, który raz za razem popisuje się kunsztem swojej jazdy. Dzień jak co dzień. Odstawiłem motocykl na pobliskim poboczu i, ciężko dysząc, pobiegłem na z góry upatrzoną pozycje. Chwilę później panującą wokół sielankę zagłuszyła rycząca wniebogłosy vałka oraz snopy iskier tryskające spod orzących asfalt podnóżków. Masu zatrzymał się kilkanaście metrów wyżej, gotowy na dalsze komendy. Sprawdzając zdjęcia stwierdziłem, że stać go na więcej. Mnie również, w końcu jeno na dziesięć musi wyjść ostre.

– Straszne gówno, powtarzamy.

Masu próbuje oszukać przeznaczenie. To jest ostatnie zdjęcie.

Masu próbuje oszukać przeznaczenie. To jest ostatnie zdjęcie.

Powiedziałem te słowa mimowolnie, patrząc w elektroniczny wyświetlacz aparatu. Co zrobiłem nie tak? Może jak przestawię autofocus… Nagle do moich uszu dotarł charakterystyczny, dobrze znany mi okrzyk.

– No kurwa!

Idealnie równa, asfaltowa droga pięła się wzdłuż skarpy. Jej lewe pobocze było oddzielone od reszty świata dostojną, nienaruszoną przez czas barierką. Pomiędzy barierką, a szosą znajdował się wąski, niespełna pół metrowy pas żwiru. Grysik, jak w kuwecie dla kota. Właśnie w tym grysiku leżał motocykl, a wraz z nim Masu. Piękna, intymna chwila. Ryknąłem śmiechem.

Zanim przejdę dalej, kilka słów wyjaśnienia. Masu jest świetnym kierowcą. Jeździ od lat, dosiada sprzęty o głowę wyższe od niego, do tego wie gdzie jest gaz i hamulec. Nie ma z czego szydzić. Mimo wszystko widok kierowcy, który parę dni wcześniej prawie skasował tira, a teraz zaliczył parkingówkę… Wiecie, napięcie znalazło swoje ujście. Zabawna była również inna rzecz. Podobno w przekazanym nam motocyklu były czujniki ruchu. Każdy jego manewr, niezależnie od tego, czy horyzontalny czy wertykalny, był odczytywany przez speców w centrum dowodzenia. W tym samym czasie, kiedy nasz sprzęt przechodził niezauważenie przez wszystkie kręgi piekieł, chłopaki z Motormanii nie mogli nawet postawić na gumę. Hehehe…

– …hehehe, czekaj, pomogę Ci.

Zataczając się w wesołości, podnieśliśmy motocykl. Śmiech ugrzązł mi w gardle. Na ziemi dumnie spoczywała klamka sprzęgła i lewarek od zmiany biegów. Widać sprzęt miał już dość i stwierdził, że pieprzy, dalej z nami nie jedzie. Decyzja godna samego Putina, podjęta kilkanaście kilometrów od najbliższej wsi. Na serpentynach. W górach. Podczas narodowego święta. Masu westchnął i popatrzył na mnie znacząco.

Gdyby ktoś kiedyś potrzebował, zamieszczam schemat.

Gdyby ktoś kiedyś potrzebował, zamieszczam schemat.

Chwilę później zatrzymała się przy nas parka motocyklistów. Po 15 minutach rozmowy, dwóch telefonach i kilku konsultacjach kierownik oznajmił, że jesteśmy dość daleko od najbliższej wsi, w górach, jest święto, a nawet jakby nie było, to bez różnicy, bo tam i tak nie ma serwisu. Ale serio? Czując na sobie nasze spojrzenia, wzruszył ramionami i odjechał. Cóż, pozostała nam gimnastyka. Lewarek od zmiany biegów to pikuś. Można przewiercić, można założyć jakikolwiek inny. Jak jednak naprawić ułamaną idealnie przy samym końcu klamkę, dysponując jedynie plastrem dla wspinaczy, parą elastycznych linek i dwiema motocyklowymi głowami, z czego jedną humanistyczną? Otóż widzicie, kluczową rolę odegrał błyskotliwy, inżynierski umysł głównego winowajcy. Wystarczyło.

Konstrukcja, która polegała na owinięciu taśmą metalowej części oraz usztywnieniu jej za pomocą linek, spisywała się nad wyraz dobrze. Tak dobrze, że po stu kilometrach porzuciliśmy pomysł kupowania zapasowej części, a po kolejnych dwustu traktowali, jakby była oryginalnym rozwiązaniem fabrycznym. Wystarczy napisać, że całość wytrzymała kolejne 2 tysiące kilometrów. Lepiej! Ostatecznie polska myśl techniczna skapitulowała vis-a-vis profesjonalnego, szwajcarskiego serwisu. Niestety, w kolejne święto.

Stałem na krawężniku i trząsłem się ze śmiechu. Co robić, trzeba było łapać byka za rogi.

PS: Krótka notka do sponsorów – to nie jest stały scenariusz. Czasem naprawiamy rozbite motocykle za pomocą pilarki i młotka.

Advertisements

8 responses to “Polska myśl techniczna

    • Następnym razem, wraz z wnioskiem o udostępnienie motocykla do testów, będę wysyłał checklistę części zapasowych. To powinno załatwić sprawę.

  1. No to szacunek dla kolegi inżyniera 🙂 chociaż ja chyba bym miał pewne obawy i nie wiem czy bym sie odważył przejechać motocyklem z taką „modyfikacją” 😀 pozdrawiam

  2. Polska myśl techniczna/szkoleniowa do wg mnie hasło, które jest często używane w kontekście piłki nożnej, ale jak widać na przykładzie Twojego wpisu – nie tylko 😉 Zazdroszczę podejścia do tematu i zdolności manualnych, ja mógłbym sobie nie poradzić.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s