Stan chorobliwie motocyklowy

Pisanie podczas choroby przysparza pewnych trudności. Raz, że chwila nieuwagi i katar leje się po rękach. Dwa, że człowiek cherla jak trabant, a powstałe w ten sposób turbulencje… No i straciłem całą myśl, właśnie dopadł mnie atak kaszlu. Kolejna sprawa – w czasie gorączki mózg pracuje jak na LSD. Lata gdzieś po zakamarkach świadomości, wygrzebuje cały zastany bajzel i radośnie wprowadza go do rzeczywistości. Stan w swojej naturze czysto motocyklowy.

Do grypy, która dopadła mnie dwa dni temu, podszedłem po męsku. Zrzuciłem ubranie, zabunkrowałem się w łóżku i po kilkuminutowej zadumie nad swoim życiem stwierdziłem, że wszystko co dobre szybko się kończy. Przypominają mi się słowa ojca kapelana Dominika, który, będąc już w dostojnym wieku, podczas największej zawieruchy kładł się bez ruchu i oznajmiał, że „szykuje się do życia wiecznego”. Problem polega na tym, że w moim przypadku stan ten utrzymuje się dłużej niż godzinę, a to już przerasta możliwości każdego mężczyzny.

W ogóle, to ciekawa sprawa z tym chorowaniem. Trochę ponad pół roku temu zaraza ścigała mnie hen, aż do Lausanne. I tam mnie wreszcie dopadła. Przed domem stały zapakowane motocykle, Masu wkurzał się, że kończy mu się urlop, a ja gorączkowo zastanawiałem się, co z tym fantem zrobić. Nie było wyjścia, trza było wsiadać i jechać. Przez pierwsze kilka kilometrów starałem się nie spaść z siodła. Tę sztukę mam na szczęście wybitnie opanowaną i wielokrotnie przećwiczoną. Problemy zaczęły się w chwili, w której mój własny katar postanowił skrócić te męki i zwyczajnie mnie utopić. Walcząc z odruchem wymiotnym przejechałem kolejne kilkadziesiąt kilometrów. I wtedy stał się cud.

Farfocel też złapał bakcyla.

Farfocel też złapał bakcyla.

Motocykl mnie wyleczył. Katar i kaszel zniknęły, jak ręką odjął. Gorączką pikowała w dół, aż w końcu…

Kurde, znowu totalnie się rozproszyłem. Tym razem smarkam. Cyklicznie.

…gorączka minęła, a ja poczułem się jak nowo narodzony. Mogłem wsłuchiwać się w silnik i czerpać przyjemność z ciągnących się wokół widoków. A co to było za miejsce, o ludziska! Niekończące się serpentyny, ośnieżone szczyty, trawa bardziej zielona niż na pulpitach Windows, a niebo bardziej niebieskie niż Gixxer prosto z salonu. Pięknie.  Niestety, sielanka urwała się w chwili, w której dojechałem do celu. Po zejściu z motocykla czułem się jak królik od baterii, któremu ktoś spiął styki i jednocześnie ukręcił główkę.

Nie wiem, jaki jest morał tej opowieści. Nie ma. Tak naprawdę od paru minut patrzę w sufit i przeklinam swoje położenie. W zasadzie to przeklinałbym, gdyby każdą rzuconą „kurwę” nie tłumił kaszel. Wiecie co? Pojeździłbym. Pojeździłbym jak cholera. To już ten moment, w którym motocyklowa abstynencja owocuje stanem krytycznym.

Jestem pewien, że stąd ta choroba.

Advertisements

9 responses to “Stan chorobliwie motocyklowy

  1. „Facet nie choruje. Facet od razu umiera.”

    ps. co to Gixxer musiałam wygooglować, ale trawa jak z Windows brzmi ok.

  2. Kiedy tylko przychodzi wiosna, zaczyna się sezon motocyklowy… i pylenie. Katar nie daje mi normalnie funkcjonować, ale znalazłem na niego metodę. Podczas jazdy przechodzi jak ręką odjął. Nie wolno tylko zatrzymywać się nawet na światłach, bo od razu wraca.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s