Motocyklowe początki bez ściemy

Ludzie lubią tworzyć mity. Przepis jest bardzo prosty: bierzesz na warsztat konkretne zdarzenie, wypruwasz z niego rdzeń, obtaczasz zupełnie nową materią (najlepiej mięsistą), doprawiasz garścią wymysłów i gotowe – Twoja pachnąca adrenaliną historia. Jesteś w niej kluczowym bohaterem. Większym, ważniejszym, lepszym. Jesteś Kimś. Po jakimś czasie rzeczywistość zlewa się z wymysłem i już nie wiesz, jak to się wszystko zaczęło. Powiem Ci.

Otóż na początku był impuls. Nie zbieg okoliczności, nie legendy,nie wiekowe tradycje. Żadne cuda na kiju i gówna na patyku. Zwyczajnie coś przykuło Twoją uwagę. I cholernie Ci się spodobało. Nie krzyw się, ale tak samo było z jazdą na motocyklu. Możesz mówić, że u Ciebie wszyscy jeżdżą, że masz to we krwi, że to kwintesencja Twojej osobowości. Być może tak jest, jednak do zainteresowania się jednośladami skłonił Cię impuls. Może było to zdjęcie w gazecie, może dziewczyna kolegi od motorynki, może Valentino szczerzący zęby z ekranu TV. Coś, co było na tyle mocne i proste, że Ci zaimponowało.

Wiele razy pytano mnie – Czupryn, jak to się w zasadzie jest, że jeździsz? Odpowiadam wtedy, że mój pierwszy raz był na crossie w wieku 6 lat, że pół rodziny jeździło, że dziadek weteran. To wszystko prawda.

Gówno prawda. Te sytuacje są realne, ale wspomniany impuls przeżyłem kiedy indziej.

A jak wygląda Twój mit?

A jak wygląda Twój mit?

Byłem wtedy w pierwszej klasie liceum. Nienawidziłem szkoły bardziej niż cała Twoja klasa razem wzięta, więc poranna (nie piszę codzienna, ja nie z tych) przeprawa z przystanku na lekcje była dla mnie gorsza niż pięć pasów na dupę. Tym razem również wlokłem się jak smród po gaciach zastanawiając się, czy dotrzymam do drugiej czy do trzeciej przerwy. I właśnie w tym momencie przemknął przede mną chłopak na starej CBR. Poobijanej, dymiącej na biało, możliwe, że bez kompletu owiewek. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, co to za szpej i co z nim nie tak. W ułamku sekundy byłem za to pewien, że chcę tak jak on. Rano, z plecakiem, na gumie. Przed nosem tych wszystkich skazańców sterczących na światłach. Płytkie? Sorry, tutaj nie piszę mitów.

Rozgorączkowany zacząłem przeglądać Internet w poszukiwaniu maszyny, która wyrwie mnie z licealnej rzeczywistości. Hasło „ścigacz” wrzucone w przeglądarkę dało wynik w postaci miliona zdjęć R1. Wyglądała przednio, w sam raz do mojego czerwonego plecaka. Pogrzebałbym więcej, ale modem telefoniczny nie ułatwiał. Prozaiczne? Przykro mi.

W tym czasie miałem w rodzinie dwóch jeźdźców Kawasaki (obaj na ZX9R). Niestety, sam byłem za smarkaty na motocykl. Pamiętam, jak jeździłem rowerem na pobliskie spoty motocyklowe. Stawałem gdzieś z boku i gapiłem się z rozwartą paszczą, czasem godzinami. Śmieszne? Przyznaję, dość. Dalej już jakoś popłynęło. Zdobyłem wiedzę, ogarnąłem temat, trochę zmądrzałem. Prawko zrobiłem najwcześniej, jak tylko pozwalały na to przepisy. Trzy dni później miałem własne dwa koła. Z silnikiem.

Od tego czasu przebyłem długą drogę. Nigdy nie miałem R1, niestety. Fakty jednak zostaną faktami – zacząłem od chęci lansu na światłach i R1 w wyszukiwarce. Czy mi wstyd? A skąd! To bardzo romantyczny początek. Gdyby nie tamten impuls, nigdy bym tutaj nie dotarł. Nie poznał setki wspaniałych ludzi i nie przejechał tysięcy kilometrów. Mało kto wpłyną na moje życie, jak ten chłopak. Jestem mu za to wdzięczny.

Ty również się nie wstydź. Prawda jest często ciekawsza od mitów.

Reklamy

19 responses to “Motocyklowe początki bez ściemy

  1. Jak zaczęłam pisać? Pamiętam tylko, że miałam wtedy jakieś 6 lat. Wzięłam kartkę, ołówek i napisałam rymowany wierszyk pt. „4 pory roku” 🙂 Jak moja mama z babcią to zobaczyły, to się chciały, za przeproszeniem, zesrać. I pytały z niedowierzaniem: „A skąd to przepisałaś?”. W pierwszej klasie podstawówki pani wychowawczyni powiedziała mojej mamie, że rośnie jej pisarka. I tak już zostało – po prostu dużo ludzi od samego początku utwierdzało mnie w przekonaniu, że dobrze robię to, co lubię robić.

    Jak zaczęłam biegać? Możliwe, że takim pierwszym, choć podświadomym impulsem była praca w „Runner’s World”. Byłam chyba jedyną osobą w zespole, która nie biegała 😉 A kiedy jakieś pół roku po pożegnaniu z redakcją zakładałam po raz pierwszy dresy i adidasy, kierowało mną jedynie to, że chciałam poprawić sylwetkę. Natomiast pewnie nigdy nie wystartowałabym w żadnych zawodach, gdyby nie mój były współlokator, Maciek, który zaszczepił we mnie półmaratońskiego bakcyla.

    Ot, wielkiej magii w tym nie ma. Po prostu, stało się 😛

    • Zaczęłaś pisać podobnie jak ja. Tylko ja stworzyłem dzieło o Słonku i Chmurce.

      Cóż, więcej w tym magii niż w moich początkach na moto 😉

  2. Mnie zaimponował mały Wietnamczyk, który zapitulał chińską motorynką po polnych drogach i miedzach dzielących pola ryżowe na granicy Wietnamu i Kambodży. Trasa miejscami mogła stanowić wyzwanie dla motocykla enduro, a do tego wiózł mnie jako pasażera, przed sobą trzymając mój sporawy plecak. Jak dojechaliśmy na miejsce i trochę ochłonąłem, to stwierdziłem, że jak on daje radę na czymś takim, po takiej nawierzchni i jeszcze z pasażerem, to tym bardziej ja dam radę na czymś nieco większym i po asfalcie 🙂

          • Chętnie bym udostępnił, ale sprzedałem go w zeszłym roku. Rzeczywiście design jest specyficzny i zwraca na siebie uwagę, a nazwa jest znacząca bo ma kiepską amortyzację, ale o tym przekonałem się dopiero jak wsiadłem na X Country 🙂

  3. A u mnie prozaicznie i przypadkowo. Talon na pralkę w portfelu Taty i brak pralek w placówce. Talon tracił wazność dnia następnego, a były motorynki…

    Reszta, to konsekwencje tego komunistycznego niedoboru.

  4. Masakra, ciężko się przyznać, ale kolega z liceum (jak jeszcze można było zdobyć prawko w zacnym wieku 17 lat) miał więcej dziewczyn – miał zx6 taka stara normalnie, że nie wiem, słabo ją w sumie pamiętam, ale dobrze pamiętam Kobitki. hmmm, a ja no w sumie, mając to wszystko w pamięci, jak się ożeniłem to kupiłem sobie fz6s (bo dopiero mi kredyt na nią dali, a mam ją w sumie do dzisiaj) tak na wszelki wypadek, jakby Żona w końcu doszła do wniosku, że się pomyliła 😛

  5. Może napiszę coś z punktu widzenia kobiety, jak to chyba było 😀
    Motocykle w mojej świadomości zawsze były jakieś „fajne” jak bo określiłoby dziecko. Ale pamiętam bardzo dobrze ten jeden szczególny dzień kiedy chłopak mojej ciotecznej siostry zajechał na podwórko swoją R1. W roku powiedzmy mniej-więcej 2005-6 to był wiele większy „szał” niż obecnie. I niby nie byłoby nic w tym ciekawego, stał sobie ten motocykl, ja podchodziłam wstydliwie. Moment uderzenia był zaraz po tym jak usłyszałam pytanie „chcesz sobie usiąść” ,odpowiedziałam- pewnie. Oczywiście mając te około 10 lat zostałam tam raczej wtargana, bo sama w życiu bym nie weszła. Odruch pierwszy-złapanie za rączki moto i komentarz właściciela „ta już rwie się do jazdy”. W tamtym momencie wyobraziłam sobie, że jakby to jechało to byłoby po prostu super, jak na takiej paralotni (śmieszne, ale prawdziwe 😀 ). Lata mijały temat się uciął i w sumie prawie tematu nie było. Nagle wracając ze szkoły z gimnazjum zaczęłam dostrzegać motocykle na drogach -najpierw ot tak, że przejechał sobie jakiś. Później ich wypatrywałam nasłuchiwałam, aż w końcu obdarzałam szczerzącym się uśmiechem każdego, kto przejechał obok. Myśli na początku „fajnie byłoby mieć takiego faceta”, ale żeby mi przyszło na myśl jeździć, co to to jeszcze wtedy nie. Zaczęłam o tym czytać, mówić w domu, że mnie to interesuje. Od mamy usłyszałam „a taka pasja… przejdzie Ci po pół roku”. Nie przeszło po roku, ani dwóch, ani dalej. W głowie kształtowała mi się myśl, że nie ważne, co mówią inni ja bym chciała w życiu poczuć tę wolność, o której każdy pisał na internecie, ,tą jedyną pasję. W tym momencie nie jestem może i nawet w połowie drogi. W tym sezonie po raz pierwszy byłam jako „plecak” i tak zostało całe lato kręcąc się wokół lokalnego klubu motocyklowego. Uparcia nie było mało, skończyłam właśnie kurs na kat. A2 i w następnym tygodniu do zdania już „tylko” praktyka, a na następny sezon być może jakaś 500ccm. 😀

  6. Moje początki są tak miażdżące, że boje się je tu przytaczac. Jak wiele lat temu jeżdziłem ciężarówką, zacząłem uważac zwykłych puszkarzy za matołów, a motocyklistów za totalnych imbecyli. Potem moja przygoda z ciężkim sprzętem wygasła i goniłem busem i osobówkami. Wolny czas spędzałem na piciu piwa, bezsensownych związkach z dziwnymi kobietami i jeżdżeniu po szlakach górskich na rowerku freeride-owym. Spotykanych motocyklistów nie lubiałem. Największą moja niechęc wywoływały starsze osoby na chopperach. Nazywałem ich nawet „Anioły z dupy”. O młodych panienkach wokół nich się kręcących miałem jeszcze gorsze zdanie. Gówniarz byłem i huja o świecie wiedziałem. Potem seria kontuzji i nagle nie mogłem już pedałowac. Postanowiłem zatem z roweru przesiąśc się na 250-kę, enduraka i wrócic w góry na motorze. Kurwa, jak ja kochałem te góry. Zrobiłem prawko i ogarnąłem temat, stałem się tym co zawzięcie krytykowałem. Jednak na sprzęcie tam już nigdy nie wróciłem. Kolejna nauczka dla mnie to była, nie wypowiadaj się na tematy, o których nie masz pojęcia. Dorosłem , zmądrzałem, nabrałem pokory. A teraz w góry chodzę pieszo, a motocyklem jeżdżę po asfalcie 🙂

    • Od ciężarówki do motocykla to faktycznie daleka droga, ale widać do pokonania 😉 Na marginesie, również zaczynałem od gór i rowerku. Busem jeździłem może dwa razy w życiu, ale wiem, jak jest.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s