Rolowanie po Ammanie

Zima znowu zrobiła blitzkrieg, tym razem pod koniec stycznia. Zgodnie z tradycją, drogowców rozłożyła już w pierwsze kilka godzin, następnie oflankowała zwykłych kierowców. Panika, pośpieszna zmiana opon na zimowe, wgniecione zderzaki – straty idą w tysiące. Teraz jadę przez miasto i ze zgrozą obserwuję zastane spustoszenie. Drogi zasypane tak, że nie wiadomo, czy to jeszcze jezdnia czy już chodnik. Raz na parę kilometrów zwiastujące pokonanych światła awaryjne. Ślisko. Chaos. Przecież ja to skądś znam… Bam, flashback!

Amman, 26. listopada 2013

Słońce w zenicie. Dym. Kurz. Symfonia klaksonów.

– To co, dasz radę?

Rozglądam się wokół. Rzeka aut zalewa trzypasmową drogę. Zderzak w zderzak, drzwi w drzwi. Samochody wszelkiej maści, od hinduskich składaków po ociekające bogactwem limuzyny. Łączy je jedno – styl jazdy. Zwilżam językiem usta.

– No dam.

Myślę intensywnie o wykupionym ubezpieczeniu i depozytach na karcie. W końcu udaje mi się włączyć w ruch. Dobra, to nie jest do końca prawda. Zostaję w niego wciągnięty. Za prawym uchem słyszę nerwowe żarty dwóch Niemców, którzy w ostatnim akcie desperacji zdecydowali się na wspólną podróż. Widać, że żałują. Mogli jechać autobusem.

– Vorsichtig…

Po chwili okazuje się, że nie jest tak źle. Mimo braku kierunkowskazów, ciągłego trąbienia, ciasnoty i krzyków, całość jakoś funkcjonuje. Nawet nawrotka okazała się stosunkowo prosta, wystarczy nie stawiać oporu, poddać się fali, płynąć z blaszanym nurtem. Czuję się coraz pewniej, moi pasażerowie również zaczynają oddychać spokojniej. Złudzenie trwa do najbliższego ronda.

– Na rondzie prosto.

Wbrew pozorom prosto nie znaczy łatwo. Zwłaszcza, że prosto jedziemy tylko my. Reszta aut krąży. Jak wierni w Mekce. Nagle jadący lewym pasem mercedes odbija ostro w prawo, metr przed moją maską. Za nim kolejny. Przejechałby i trzeci, ale w tym momencie pomiędzy nich wjeżdża zdezelowane Isuzu. Równocześnie do ruchu włączają się dwie Toyoty. Jedna, ta bliżej mnie, przejeżdża slalomem przez trzy pasy i niknie z pola widzenia. Druga zatrzymuje się na chwilę, po czym wyprzedza mnie prawą stroną i skręca w lewo. Jeszcze BMW jadące pomiędzy pasami i zostaje wyrzygany na najbliższym zjeździe. Niestety, nie na swoim.

– Stary, zły zjazd. Jedź prosto.

Prosto mówisz? Następuje zwrot akcji – wszystkie drogi są jednokierunkowe. Nawet te, które są tak szerokie, że Wrona mógłby lądować na nich Titanikiem. Wjeżdżam w asfaltową pułapkę. Mimo szczerych chęci, coraz bardziej oddalam się od obranego wcześniej kierunku. Dobrze, że to nie stare miasto. Tam zwykły labirynt zamienia się w szaleństwo. Do samochodów dołącza tłum pieszych, przeładowane autobusy i, od czasu do czasu, zwierzę kopytne. Np. Minotaur. Można zginąć. Równie dobrze można usiąść na dachu, szamać kunafę i podziwiać.

Zdjęcie z prowincji, skala problemu mniejsza.

Zdjęcie z prowincji, skala problemu mniejsza.

Po kilkunastu minutach błądzenia trafiam ponownie w główną aortę. Tym razem wszystko przebiega gładko. Na kolejnych rondach wszystko staje się jasne: ruch podzielono na kilka głównych nurtów. Wystarczy tylko ustalić pożądany kierunek, później można dać się porwać. Szwedzi mają Volvo z autopilotem. Arabowie praktykę z karawan i silny instynkt stadny.

– Dobra, mijamy lotnisko. Teraz już prosto.

Betonowa dżungla ustępuje pola pustyni. Przez jej środek ciągnie się kilkudziesięciu kilometrowa prosta. To nie kolejny podstęp. Teren nie jest specjalnie zróżnicowany geograficznie, więc ktoś postanowił zablokować gaz w walcu i asfaltować ślad, który za sobą zostawił. Stan nawierzchni jest całkiem niezły, co generuje zasadniczy problem – nadmierną prędkość. Fantazję kierowców mają niwelować policyjne patrole, fotoradary i progi zwalniające. Jeszcze raz: … i progi zwalniające. Na autostradzie. O ich istnieniu dowiaduję się kilka kilometrów później, kiedy przypadkiem prawie łamię kręgosłupy siedzących z tyłu Niemców.

– Scheisse!

Progi są. Za to nie ma oznaczonych pasów. Brak także reguł. Raz za razem mija nas rozpędzony tubylec, który za chwilę wyhamuje do zera przed kolejnym wzniesieniem. Zanim jednak tam dotrze, okazyjnie walnie pięścią w klakson, przejedzie poboczem, zapomni o włączeniu kierunków i wyprzedzi innych, podobnych mu kierowców. Nie normalnie. Nawet nie na trzeciego. Wyprzedzi na piątego. Gdyby starczyło miejsca, brałby nawet na dwudziestego…

… z letargu wyrywa mnie sygnał karetki. W ostatniej chwili widzę przed sobą czerwone światła stopu. Odruchowo wciskam pedał hamulca. ABS. Trrrrrrrrrrrt. Sunę. Ostatecznie od straty zniżek za ubezpieczenie dzieli mnie kilka centymetrów. Wycieraczki zgarniają zebrany na szybie śnieg.

W Ammanie tak nie miałem. Ani razu.

PS: Wcale nie jest łatwo rzucić poprawnym „szajse”. Trzeba z wyczuciem, dopiero wtedy wchodzi właściwy akcent.

Advertisements

4 responses to “Rolowanie po Ammanie

  1. Twój wpis przywołał wspomnienia z Agadiru. Slalom między ludźmi i zwierzętami w sąsiedztwie targu, chaos w Ait Melloul i pogoń za życiem w drodze do Tiznit. Od razu zrobiło mi się cieplej w zimowy dzień.

    • …i jazdę ławicą po powrocie do Marrakeszu 😉 Mimo wszystko Amman ma inny klimat. Przede wszystkim to 3 milionowe miasto leżące w górach. Gorąco polecam.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s