Trafiam z trudem

Bomby, grzmoty, walą w nas jak w masło. Jezusie, trzeba uciekać! Gdzie majtki, gdzie pieniądze… Nie, zaraz. To budzik. Przeklęta technologia, koguty przynajmniej pieją na świt, a tymczasem za oknem ciemno jak w studni. Do tego bździ tak, że, daję słowo, przez ściany ciągnie. Zimno, mokro, nie wstaję. Niech mnie obudzi pierwsza wiosenna przegazówka.

Dobra, wstaję. W końcu całą noc czekałem na tę chwilę. Myślę sobie, cholera, trzeba szybko usnąć bo rano wcześnie startuję. No to leżę i usypiam, pierwszą godzinę, następnie drugą i trzecią. Później sobie przypominam rady gadającej głowy, że jak w się kwadrans nie uśnie, to zwlekamy gnaty z łóżka. Ale jak to zrobić ze świadomością, że za 3 godziny i tak koniec zabawy? Męczę się dalej, w końcu odpływam, jak dobrze… Bach! Budzik.

Pilnuję, żeby chociaż dzień zacząć poprawnie. Wystawiam ostrożnie prawą nogę, w tym czasie lewa zaplątuje się o kołdrę, środek ciężkości jeszcze śpi, grawitacja przystępuje do akcji. Na szczęście instynktownie wystawiony łokieć ratuje mnie z opresji. Boli jak diabli, ale przynajmniej się rozbudziłem. Jeden krok, drugi. Do łazienki mam jakieś 10 metrów, a już w połowie trzęsę się z zimna jak porucznik Rawicz w „Długim Marszu”. Ok, jestem, deska w górę, pozycja bojowa… Stop! A jak ciecz zamarznie w powietrzu? Pluję na próbę. Gra. Lecimy. Wciąż się trzęsę, trafiam z trudem.

Czy śnieg, czy mróz...

Czy śnieg, czy mróz…

Gorąca herbata, jakieś bułki, jajecznica. Nienawidzę śniadań. Tak już mam, że mogę jeść do 6, albo po 11 rano. W międzyczasie mój żołądek ogłasza fajrant i urządza rave party. Odkąd pamiętam, każdego dnia. Z tym, że coraz huczniej. Mimo to przeżuwam mechanicznie kolejne kęsy jednocześnie walcząc z pokusą kapitulacji. Ciepłe łóżko, kołdra, koc… Walka trwa. Wstaję od stołu i z głową pełną przekleństw ruszam do drzwi. Kilka potknięć na schodach i jestem przed samochodem.

Napisałem przed samochodem? Skłamałem. Jestem przed samochodem zaparkowanym w igloo. Żałosny widok. Myślę o Maksie „Seksmisji”, ten to dopiero miał zimno. Nie wiem jeszcze, że wnętrze puszki z powodzeniem mogłoby służyć za komorę do hibernacji. Próbuję usunąć lód wyszczerbioną skrobaczką. Plastik versus natura, coś tam skrobie. Od biedy, ale skrobie. Przynajmniej mam jakąś gimnastykę. Kilka ruchów, starczy. W Rosomaku jest mniejszy wizjer, a przecież da się jechać.

Sięgam kierownicy. Eleganckiej, skórzanej. Efekt jest taki, że w zimie przymarzają do niej ręce, w lecie topi ciało do kości. Nie wiem co gorsze. Jadę, całe pięćdziesiąt metrów, później zaczyna się korek. Niech będzie, przynajmniej się zdrzemnę. Wygląda na to, że ktoś z przodu wpadł na podobny pomysł. Stoimy. W kupie raźniej. Trąbimy, krzyczymy, machamy do siebie. Gra orkiestra. Odprowadzony gestem przechodnia mijam pierwsze światła, dojeżdżam do drugich i…

…spod zimowej, modnej czapki wystają piękne, długie nogi… Włosy! Opadają prosto na puchową kurtkę, która nic a nic nie maskuje kształtów. Piękno w każdym calu. Czuję to, wiem, widzę przez kurtkę. Do tego buty na obcasie podkreślające nieziemsko zgrabne… nogi. Nogi też. Siedzę w samochodzie i próbuję zaczerpnąć powietrza. Nimfa przystaje, odwraca się i cudownym uśmiechem rozświetla moją szarą rzeczywistość. O tak, O TAK! To jest, kurna, moja żona. Warto było wstać, przejść przez to piekło aż tutaj. Nachylam się nad kierownicą i odwzajemniam uczucie, jakim mnie obdarzyła. Uśmiecham się, najpiękniej jak potrafię. Jak na termiczny paraliż twarzy idzie mi całkiem nieźle.

Gdzie ona się… no gdzie ona się… Zaraz, co za dźwięk? W wizję mojego małżeństwa wjeżdża chłopak na motorowerze. Bez zaproszenia, bez skrupułów, bez ołowiowej. Tak się chowa dzisiejszą młodzież. Mniejsza, skąd on się tutaj wziął, w środku zimy? Ej, weź spieprzaj, zasłaniasz! W tym momencie chłopak staje na pole position, podnosi zaparowaną szybkę i bezczelnie gapi się na moją wybrankę. Gorzej, ona bezczelnie gapi się na niego. I szczerzy się coraz szerzej. I dociera do mnie, że zza tej przeklętej skórzanej kierownicy to mnie nawet nie widać.

Zima. Chłopak ma jaja ze stali.

PS: Właśnie trafił do Was 50 wpis. Kto by pomyślał 🙂

Advertisements

4 responses to “Trafiam z trudem

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s