Gdzie i kiedy bolą ręce czyli lazur pełną gębą

Bolały Cię kiedyś dłonie? Pytam, czy bolały Cię tak, że broniły się przed najmniejszym ruchem, a utrzymanie jakiegokolwiek przedmiotu wymagało koncentracji całej swojej woli. Nie potrafisz sobie tego wyobrazić, co? Pomyśl o siarczystym mrozie i zostawionych w domu rękawiczkach. Nie, sorry, kieszenie też zostawiłeś. Czujesz? To teraz wyobraź sobie, że Masa bolały tak dłonie na Lazurowym. A wszystko to przez banalną usterkę.

Dojeżdżaliśmy wtedy do Nicei. Ciepła, pogodna noc, zachęcała by rozłożyć się na plaży w towarzystwie szumu fal i rozchichotanych kompanek. Rozgrzane powietrze mieszało się z zapachem morza oraz miejscowej ludności. Chwilę później naszym oczom ukazał się całkiem zachęcający widok. Nicea leży nad samym brzegiem, rozłożona w przedalpejskich krągłościach. Małe, rozrzucone po stokach domki wyglądają jak zebrane w amfiteatrze, przycupnięte, skupione nad spektaklem granym przez Morze Śródziemne. Do tego wszechobecny klimat Prowansji i lazurowy przepych. Nie będę ukrywał, od razu mi się spodobało.

Po półgodzinnym krążeniu w poszukiwaniu noclegu zaczęliśmy się oswajać z miejscową kulturą – tutaj się nie pracuje, tutaj się bawi. Na miejsce do spania nie było co liczyć ani na polu campingowym, ani w oblężonych hostelach. W grę nie wchodziły nawet ławki przy barach. Ba, większość z pubów było tak napchane ludźmi, że przypominało raczej autobus w godzinach szczytu niż sympatyczną knajpkę. Postanowiliśmy znaleźć coś w okolicznych miejscowościach. Masu się krzywił, ale nie wypowiedział słowa skargi.

Możecie dalej myśleć o mrozie albo wyobrazić sobie, że w żaglówkach są te wszystkie piękne Francuzki i Włoszki. Red or blue pill?

Możecie dalej myśleć o mrozie albo wyobrazić sobie, że w żaglówkach są te wszystkie piękne Francuzki i Włoszki. Red or blue pill?

Po raz kolejny motyl przysiadł na jakimś egzotycznym kwiatku, podreptał wokół własnej osi i, bez pośpiechu, klasnął skrzydłami. To był bardzo duży motyl. Albo bardzo blisko.

Czupryn: Masu, oni mówią, że nie znają żadnego hostelu.

(Klask, trzepnęły o siebie skrzydła)

Masu: Kurwa mać.

C: Co jest?

M: Ja pierdole, linka poszła.

C: Co?

M: Linka od sprzęgła. Trzyma się na kilku drutach.

C: Aha.

Masu po raz kolejny zacisnął zęby, zebrał całą siłę w grabie, wysprzęglił i, prawie jak w masełko(!), wrzucił bieg. Ruszył, kierując się siłą woli motywowaną węchem. Chwilę później jego wyćwiczone zmysły zaprowadziły nas pod najbliższy McDonald. Krótka obdukcja wystarczyła, by stwierdzić, że sytuacja jest poważna. Byliśmy bardzo głęboko tam, gdzie prawie nikt nie chce się znaleźć, a już na pewno nie po uszy. Dziś nie pamiętam, jak to się stało. Być może motyl na chwilę przerwał klaskanie, być może był to zwyczajny zbieg okoliczności, ale chwilę później trafiliśmy pod opiekę przemiłej francuskiej rodziny. Z córką na wózku. Doświadczeni trudami przemieszczenia przy niesprzyjających warunkach, postanowili pokazać nam najbliższy (i najtańszy hostel) oraz doradzić z warsztatem.

Szczęście trwało krótko. We wskazanie miejscówce brakowało wolnych miejsc, a rodzinka bezradnie rozłożyła ręce. Zostaliśmy na betonowym parkingu. Ciszę przerywały jedynie stłumione przekleństwa Masa, który siedział oparty o pobliski murek i rozmasowywał dłoń. Powstrzymując się od komentarzy przydatności powerballa, powoli szykowałem się na noc pod gwiazdami. Paradoks, spać na ławce w jednym z najbogatszych zakątków świata. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że godzinę później będę spał w ciekawszych warunkach.

Wielki napis F1 rozświetlał nieciekawą okolicę. Adres znaleźliśmy w ulotce, którą Masu zebrał gdzieś z ziemi. Z zewnątrz hostel wyglądał jak klocek Duplo. Wewnątrz… cóż, przydzielony pokój musiał być kiedyś toaletą albo schowkiem na miotły. Dodaj do tego jedno gniazdko, brudną pościel i kompletny brak czegokolwiek do zjedzenia. Lazur pełną gębą. Ułożyłem się do snu, marząc o słonecznych plażach.

Poranek przywitał nas żarem za oknem i obojętną obsługą hotelową. Bez zbędnych sentymentów przystąpiliśmy do szukania miejsca, w którym ktoś mógłby naprawić nieszczęsną linkę. Po trzygodzinnej eskapadzie, która dla Masa prawie zakończyła się pod kołami kilkutonowej ciężarówki (oszukać przeznaczenie), znaleźliśmy naszych wybawicieli. Nie ma sensu rozpisywać się na temat budowanego przez mechaników napięcia. Wystarczy wspomnieć, że w sobotnie popołudnie udało im się wygrzebać i założyć linkę sprzęgła do 9 letniego Fajerblejda. Nie będę też rozpamiętywał odcisków na ręce Masa, gdyż te najlepiej pamięta on sam.

Wspomnę czas spędzony przy plaży. Cichy szum morza, nawoływanie mew, stukot kółek od deskorolki. Żaglówki ustawione w równych rzędach, kołyszące się w rytm bezgłośnej melodii. Liście palmy chroniące przed żarem z nieba. Myśli, które tak bardzo kłóciły się z błogością wokół.

Znasz ten stan?

Advertisements

2 responses to “Gdzie i kiedy bolą ręce czyli lazur pełną gębą

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s