Wyposzczeni motocykliści czyli zalane muszelki i miejskie ubikacje

Nie samym motocyklem człowiek żyje. Czasem, gdy głód jazdy został już zaspokojony, głos zabierają potrzeby doczesne. To właśnie dzięki nim możemy opowiadać o przygodach w miejskich ubikacjach, hotelowych lożach czy lokalnych szpitalach. To one zabierają nam sen i wykręcają w spazmach po nocach. Potrafią wzniecić ogień i męczą do ostatniej kropelki. Reasumując, z żołądkiem nie da się wygrać. Niezależnie od tego, gdzie jesteś i co robisz, najpierw odciągnie Cię od postawionego celu, później pozbawi pieniędzy, a na końcu, jeżeli będziesz miał szczęście, da spokój na godzinę czy dwie. Częściej jednak rzuci jak szmatą o przydrożną ścianę.

Tak, wiem – Czupryna na Gumie to blog motocyklowy. Zamiast o żarciu powinienem pisać o zmaganiach z policją i nocnych wyścigach. Tak się jednak składa, że wiele moich motocyklowych wspomnień wiąże się z jedzeniem. Najczęściej były to posiłki wątpliwej jakości i w warunkach, które śnią się po nocach pracownikom Inspekcji Sanitarnej. Czasem jednak ziszczały marzenia, a ich smak koił nawet obolały po wielogodzinnej jeździe, stłuczony na strudel tyłek. Przykłady? Jasne, bon appetit!

Śniadanie w Transylwanii

Działo się to pomiędzy nocną przeprawą przez Transalpinę, a napierdalaniem młotem w stalową obręcz. Po całonocnej biesiadzie, podczas której wraz z miejscową młodzieżą pałaszowałem lokalne kiełbaski i jeszcze bardziej lokalny bimber, nastał skacowany poranek. Próbując odnaleźć się w nowej rzeczywistości („Nie da się jechać dalej? Aaa, koło. No tak.”), trafiłem na śniadanie. Gospodarze, chcąc przełamać barierę językową, starali się ugościć nas jak najlepiej tylko potrafili. Na stół trafiły warzywa, mięsiwa, chleby i pikle, każde z nich jak malowane, prosto z piwnicy. Walcząc z hartowanym przez całą noc żołądkiem, przystąpiłem do przełykania tych wspaniałości. Pewnie bym podołał, ale w tym momencie zaserwowano zrobione parę (naście) dni wcześniej… masło. Czar prysł, żołądek skapitulował. Wyobraźcie sobie… Nie, tego nie da się wyobrazić. Śmierdziało trupem.

Głód nie zna strachu.

Głód nie zna strachu.

Obiad Tu i Tam

Bierzesz garnek, zalewasz wodą, wrzucasz do niego makaron. Nie masz Lubelli nr 4? Spoko, wrzuć co chcesz. Mogą być nitki, mogą też rurki, śrubki, nakrętki, muszelki. Możesz nawet wymieszać wszystkie razem. W tym czasie na patelni podsmaż jakiekolwiek mięso, byle zmielone albo chociaż ubite, i dodaj do niego coś, co powstało na bazie pomidorów. Rekomenduje sos, ale nada się również sok, koncentrat, a nawet domowe przetwory z resztek zeszłorocznych zbiorów. Na koniec wymieszaj to wszystko razem i viola! – masz czym nakarmić wygłodniałych motocyklistów. Niezależnie, czy jesteś szefem kuchni czy emerytowaną księgową, ujdzie Ci to na sucho. Goście przyjechali z odległej Polski, skąd mają wiedzieć, co im w miski kładą.

Kolacja w Szewszawan

Przestań na chwilę czytać i skup się na swoim żołądku. Poczuj go. Teraz pomyśl o czymś dobrym. Niech będzie to pięknie wysmażony, okryty delikatną panierką kotlet schabowy podany wraz ze świeżymi ziemniaczkami oblanymi roztopionym, osełkowym masełkiem i obsypany bajecznie zielonym szczypiorkiem. Ewentualnie sam szczypiorek, jeżeli stawiasz na wegetarianizm. Właśnie do ust napłynęło Ci dwa litry śliny, a Ty się dusisz jak u stomatologa. Masz ten stan? Świetnie. Pogódź się z tym, że ostatni posiłek jadłeś wczoraj, a do obiadu jeszcze daleka droga. Każdy kolejny kilometr mija na wydłubywaniu orzeszka, który utkwił Ci gdzieś pomiędzy czwórką, a piątką. Dobre i to. W końcu obdarty z sił docierasz na miejsce i, wygłodniały do porzygu, w środku nocy szukasz lokalu, który postawi Cię na nogi. Jest jeden! Otwarty! Czekasz na strawę rozkoszując się tym, że to ostatnie minuty, ostatnie chwile. Nie przeszkadzają Ci nawet brudne sztućce, które właściciel po poprzednim kliencie wytarł w gazetę. Nagle marzenie się spełnia, przed Tobą gliniany garnuszek ze zwiastującą niespodziankę przykrywką. Unosisz ją czule, a tam… dwie kości z kurczaka, trochę ścięgien i pół marchewki. Do stolika zbiega się banda wygłodniałych kotów.

Grill w Orlim Gnieździe

Motocykl nie zawsze prowadzi do kulinarnego piekła. Ostatnio, pod dwóch tygodniach żywienia na bazie substancji spod znaku E, wraz z Masem trafiliśmy pod strzechę mieszkającego na obczyźnie Bułgara. Gościu wychował się w Środkowej Europie, był motocyklistą, ta wizyta nie mogła się źle skończyć. Rzucił na nas okiem, cmokną przeciągle, wcisnął w rękę po lokalnym piwie i poszedł po węgiel. Pół godziny później na stół trafiły grillowane karczki, kiełbasy, polędwice, wszystko, co tylko można sobie zamarzyć. Do tego wszelakie sosy, sałatki z ziemniaków i hektolitry piwa. Warto było przejechać te kilka tysięcy kilometrów by w końcu trafić w to miejsce.

To właśnie wtedy, obżarty jak bąk, myślałem o wszystkich posiłkach, które zastały mnie w drodze. O szklance wody w Hallstatt, za którą na
nieświadomce zapłaciłem 50 złotych. O hiszpańskich słodkich bułeczkach z wędzoną rybą. O słonych paluszkach wybieranych łapczywie z dna sakwy. Wspominałem każde śniadanie jedzone na krawężniku zapuszczonych stacji. Każdego snickersa, który po spędzeniu kilku dni w plecaku, poddany nieustanej obróbce mechanicznej i termicznej, ostatecznie ratował mnie przed śmiercią głodową. Wreszcie, składałem hołd legendarnym już kanapkom z kurczakiem. To właśnie od nich zaczynałem każdą swoją podróż.

Zdecydowanie ich smak wspominam najczęściej.

PS: Lubella nie zapłaciła mi za reklamę. Snickers też nie.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s