Stajnia: Triumph Bonneville

Pierwsze w oczy rzucają się reflektor i lusterka. Ciężko stwierdzić, czy odpowiadają za to toporne kształty czy ociekający z nich chrom, ale naprawdę trudno je przeoczyć. Dalej jest już tylko lepiej. Pięknie wyprofilowany bak. Kanapa na widok której miękną mi kolana. Długie, skąpane w blasku wydechy. I ten silnik, nagi, odsłonięty, kuszący swoimi kształtami. No klasyk pełną gębą. Pewniakiem przeniesie mnie w krainę buntu, renegatów i Jamesa Deana. Tylko, cholera, jak ja się na to zabiorę.

Ostatnio mój kolega, nota bene marketingowiec, powiedział „Czupryn, fajnego masz tego bloga, ale mało o samych motocyklach. Podróżujesz na różnych egotycznych sprzętach, weź że coś zacznij o nich pisać”. Jako, że marketingowcy zazwyczaj wiedzą co w trawie piszczy, przytaknąłem z zapałem i zabrałem się do tekstu. Akurat dobrze się złożyło, ponieważ większość sierpnia spędziłem za kierownicą Triumpha Bonnevilla. Służył mi jako kompan przez dobre kilka tysięcy kilometrów, dowiózł w całości do Polski, więc co mi tam – złożę mu hołd.

Boniek w swoim środowisku.

Boniek w swoim środowisku.

Oto jest, Triumph Bonneville. Każdy wie, że Triumph to znana marka produkująca majtki dla Waszych kobiet (bądź dla Was), a Bonneville to słonowodne jezioro w Ameryce Północnej pamiętające czasy, w których nasi przodkowie składali jajka. I taki właśnie jest omawiany klasyk – z poprzedniej epoki, ale piękny, ponętny i gotowy do akcji. Więcej peanów przeczytacie w pierwszym lepszym teście znalezionym w (fanfary) polskiej prasie motocyklowej. Tutaj na próżno szukać poprawności.

Pierwsza myśl – będę wył z bólu. Po nawinięciu tysięcy kilometrów na Daytonie mój kręgosłup wygiął się w pałąk, więc wszystko, co utrzymuje go w pozycji wyprostowanej, wyciska mi łzy z oczu. I co? I zonk. Na Bońku nie miałem ani chwili, w której moje plecy oponowały przeciwko jeździe. Trudno powiedzieć, czy to dzięki ultra wygodnej pozycji czy jeszcze wygodniejszej kanapie, ale jest naprawdę… wygodnie. Wyobraźcie sobie, że teraz, siedząc przed komputerem, jednocześnie śmigacie na motocyklu. Tak się podróżuje na Triumpie. Z jednym wyjątkiem.

Zamiast kolana - podnóżka. Za to z zakrętu wychodzi jak po maśle.

Zamiast kolana – podnóżka. Za to z zakrętu wychodzi jak po maśle.

Pakowanie Bońka nie sprawia żadnych problemów. Można zainwestować w oryginalne kufry, można również przymocować swoje własne sakwy. Z racji tego, że robiłem to na szybko, co jakiś czas musiałem poprawiać bagaże, ale nie było to uciążliwe. Niestety, przez załadowane na kuper tobołki, tylne zawieszenie straciło swoje właściwości. Efekt był taki, że każda większa nierówność sukcesywnie wbijała mi zęby w podniebienie. Śmigałem jednak wcześniej na Bonnevillu i wiem, że podczas jazdy solo tylnym sprężynom nie można nic zarzucić. Widać żaden konstruktor nie pomyślał, że ktoś może wpaść na pomysł, by jechać tym dalej niż z Helą nad pobliskie jeziorko.

Ok, zawieszenie zawieszeniem, ale jaki jest silnik? Otóż… nijaki. Serce klasycznego Triumpha chce dużo, ale niewiele może. Jasne, to 900, jasne, przyśpiesza szybciej niż Trabant, jasne, nawet się żwawo wkręca, ale, parafrazując, dupy nie urywa. Nie powiem, żebym podczas podróżowania czuł, że czegoś mi brakuje. To nie jest motocykl to zapieprzania (czy aby na pewno?) tylko do podziwiania widoków. A jak trzeba będzie coś wyprzedzić to spokojna głowa, wyprzedzi. Po prostu nie oczekujcie, że prawie litrowa pojemność zapewnia doznania na poziomie R1. Za to spalanie mieści się w granicach normy. Przy moim tempie, z pominięciem autostrad, osiągnęło poziom 4,5 litra na 100 km. Idzie zaoszczędzić na kebab i piwko. Jadąc trochę spokojniej, na dwa. Akurat będzie na ukojenie nerwów po zmaganiach ze wrzuceniem luzu.

Widoczek na koniec.

Widoczek na koniec.

I tu przechodzimy do sedna całego tekstu. Boniek, mimo masy, prowadzi się co najmniej kozacko. Pozycja jest pewna, a tor jazdy w zakrętach stabilny. Sęk w tym, że Panowie z Hinckley znowu nie przewidzieli, że ktoś może chcieć jeździć ich tworem w trochę bardziej agresywny sposób. Ich ignorancja przekłada się na startą do zera stopkę boczną i iskrzące w zakrętach podnóżki. Na stopkę jest sposób: bierzesz kumpla z parą w łapach, siadasz na motocyklu, a on próbuje go podnieść. Po kilkukrotnym powtórzeniu operacji udało nam się ją wygiąć o 2 cm. Dalej tarła, ale rzadziej. Do reszty trzeba się po prostu przyzwyczaić. Ciekawe jest jednak to, że mimo ewidentnego nieprzystosowania do sportowej jazdy, Trampek w złożeniu nigdy mnie nie zawiódł. Zawsze, ale to zawsze, szedł przez zakręt stabilnie i z charakterystycznym dla siebie wyczuciem.

Co tu dużo gadać, fajny ten Bonneville. Przyjemny, wygodny i cieszy oko. Fakt, posiada wady w postaci średniego (jak na możliwości Brytyjczyków) silnika bądź drewnianych hamulców, ale wraz z nimi przenosi nas w czasy, w których na motocyklach jeździło się nie dla adrenaliny, nie dla mocy, tylko dla przyjemności. Wierzcie mi, ale piękne widoki z siodła Triumpha smakują inaczej. Czy pojechałbym na nim jeszcze raz? Pojechałbym bez wahania, byle po gładkim.

Zrobili dobrze:

– wygodna pozycja,

– łatwość w prowadzeniu,

– feeling podczas jazdy.

Zrąbali:

– nudny silnik,

– drewniane hamulce,

– zawieszenie czasem nie bangla.

PS: Tak, tak, Dominik, ten tekst dedykuję Tobie. Mogę już wrócić do pisania o bzdurach?

PS2: Przesyłam kudosy dla Intermotors oraz Motovoyager.net za możliwość zabrania Trampka na spacer. Niebawem na Motovoyager.net znajdziecie bardziej szczegółowy i poprawny politycznie test.

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s