Lot bez skrzydeł czyli trzynaście szans

Łapię graty i wychodzę. Czuję, jak ciśnienie rozsadza mi czaszkę. Kosz przy drzwiach wygląda jak idealny worek treningowy, ale zamiast walić w metal, zaciskam tylko mocniej pięści. Słońce świeci wysoko, grzejąc przygryzione usta. Ludzie przechodzą obok, skupiając się na swoich celach. Pot spływa po dłoniach, wsiąkając w wyściółkę kasku. Przy Tośce świat zwalnia. Nie jest to jednak moment, w którym człowiek cieszy się nadchodzącą chwilą. Nie ma wymiany uścisków, nie ma delikatnego gładzenia po baku, kontrolki nie mają czasu, by zgasnąć. Nie, nie tym razem. Tośka wie, że czeka ją gwałt.

„Uczyłeś, matole, żeby nie siadać na motocykl pod wpływem emocji!” wydziera się doświadczenie. „Pomyśl o sobie, o swojej rodzinie, o bliskich. Klapnij dupsko na krawężniku, ochłoń. Nie chcesz na krawężniku to chociaż tutaj, na murku obok. Siedziałeś już tam raz, dało radę. Zanuć coś pod nosem. Pamiętasz tę technikę, w której nazywanie emocji zmniejszało ich siłę o, czekaj, niech sprawdzę, 80 procent? Zmierzyli to mądrzy ludzie gdzieś w Kalifornii. No, dajesz, powtarzaj za mną – g jak gniew, s jak…”  Chwila zastanowienia, w sam raz, by przełknąć ślinę. O nie, nie tym razem. Nie będzie kolejnej litery.

W chwili, w której wizjer trzaska o plastik, rollgaz przechodzi w tryb zero-jedynkowy. Pierwsze światła. Nie chcę tutaj stać, dajcie mi zielone. Zielone, kurwa! Sygnalizacja instynktownie wyczuwa, że nie ma żartów. Jest żółte i ziel… Ryk silnika, zakręt, grupa pieszych na pasach. Przeszli, dojazd bokiem, czerwień miesza się z żółcią, skręt, tym razem jestem przed pieszymi. Jedynka, dwójka, trójka, czwórka, fotoradar. Ciśnienie w głowie wciąż rośnie, ciemnieje przed oczami. Coś stuka o skorupę kasku. Może to ona chce wejść do moich myśli? Nie, to dobija się klamra od DD. Zapnij mnie, zanim zapniesz kolejny bieg. Nie, nie tym razem. Będziesz dyndać.

Każdy ma takiego stróża, jakiego sobie wybrał.

Każdy ma takiego stróża, jakiego sobie wybrał.

Kierowcy ustępują miejsca, wiedzą, że coś za głośno jak na ulicę. Trzeba uciekać. Znikają raz za razem jak klocki w Tetrisie. Pamiętacie plastikowe konsole przenośne, które kupowało się dzieciakom na odpustach? Najlepsze miały kilka tysięcy gier, a w każdej z nich kilkaset szans. Puszki gdzieś nikną za plecami, kolejne zlatują z góry. Czuję, jakbym stał, a one spadały na mnie. Nie ma czasu na rozmyślenia, czeka ostry łuk w lewo, przez tory. Cholera, ślisko. I dziurawo. A niech będzie, najwyżej glebnę. Nie, nie tym razem. Guma wie, że nie może zawieść.

Chwilę później liczę cyferki na zegarze. Ile to 2+1+9? Zaraz, niech ogarnę. Nigdy nie byłem orłem z matematyki, mimo, że na studiach udało mi się czasem złapać czwórę. Wtedy jednak mogłem liczyć na pomoc innych. Teraz jestem sam na sam z Tośką, która ryczy jak zarzynane prosie, wierzga, ślizga. Ciężko rachować, kiedy Twój umysł próbuje ujarzmić wkurzony motocykl. Wiem, dwanaście! Muszę pilnować, żeby nie ewaluowało w trzynaście. Z drugiej strony, może być bardziej pechowo? Nie, nie tym razem. Pech sięga zenitu.

Zakręt, kolano. Stop, jesteś w jeansach, palancie! Odruch samozachowawczy przejmuje kontrole, kolano ucieka przed asfaltem, tuli się do baku. Widzę już znajome domy, jestem u siebie. Na wyjściu manetka opiera się o ogranicznik, Tośka zaczyna wzbijać się do startu. Wracaj, nie masz skrzydeł, dziewczyno. Wracaj! Nie, nie tym razem.

Można latać bez skrzydeł.

Advertisements

2 responses to “Lot bez skrzydeł czyli trzynaście szans

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s