Guma z prętem czyli noc w Transylwanii

Przednie reflektory rozświetlają kilkanaście metrów przed motocyklem. W mrocznej poświacie majaczą powykrzywiane gałęzie, które niczym slenderman próbują zagarnąć każdego, kto przemierza wąską, szutrową drogę. Oprócz miarowej pracy silnika, który z każdym dniem jazdy coraz bardziej stapia się z tłem, słychać szmery w wszechobecnych chaszczach oraz kroki zbliżającego się w milczeniu towarzysza. Spoglądam na niego z miną zbitego psa, po czym kieruję światło latarki w mrok.

Pełne napięcia milczenie przerywa nerwowy, urywany chichot. Noc w lesie jest już swego rodzaju tradycją, jednak nigdy nie ugrzęzłem tak głęboko. Bezradnie patrzę w kierunku, z którego przyjechaliśmy. Szansę na to, by ktoś wyłonił się zza zakrętu, są prawie zerowe. Po chwili zastanowienia stwierdzam, że jednak lepiej byłoby, gdyby nie pojawił się nikt. Jak na zawołanie zbliża się do nas zdezelowana osobówka. Z werwą krzyczymy, skaczemy po drodze, machamy latarkami. Nic z tego. Samochód, nawet nie zwalniając, mija nas poboczem. Wygląda na to, że przede mną kilka długich godzin podczas których będę mógł w spokoju rozważyć swoje pomysły. Jeszcze parę godzin temu idea przejechania Transalpiny nocą brzmiała całkiem sensownie. Przyświecał nam cel napędzany poczuciem wyjątkowości i sarmackiego heroizmu. Teraz księżyc w pełni śmieje nam się prosto w twarz.

Na początku wszystko szło zgodnie z planem. Turystyczne reflektory Triumpha bez trudu rozświetlały asfaltowo-szutrowe sekcje, zachęcając do całkiem żwawej jazdy. Chłód w połączeniu z zakrętami skutecznie tłumiły zmęczenie, a każdy metr płynął w atmosferze transylwańskiej aury. Świadomość, że za ostatnim schroniskiem czeka na nas kilkadziesiąt kilometrów górskiego pustkowia, tylko podkręcała mój entuzjazm. Prawdziwą frajdą były również offroadowe odcinki, które pozwalały cieszyć się turystycznym Triumphem. Naszego zapału nie ostudziła nawet głęboka na Bóg wie ile wyrwa, nad którą przelecieliśmy z twarzami przepełnionymi zdziwieniem. To nie dno jaru było wtedy moim przeznaczeniem. Chwilę później okazało się, że pisana była mi Ona.

Niezbyt szeroka, o idealnych proporcjach, skryta za baldachimem ciemności. Robiąca wrażenie płaskiej i płytkiej, w rzeczywistości o okrągłych kształtach, głęboka i rozwarta. Gotowa, cierpliwie czekająca na podróżnych. W pełni świadoma swojego położenia. Miejsce, które obrała za zasadzkę, znajdowało się nie tylko na środku drogi. Był to jednocześnie sam środek bezludnej sekcji pośrodku Karpat leżących w centrum Rumunii. Symbolika sytuacji okazała się silniejsza od puli szczęścia, którą wtedy dysponowałem. Już chwilę po najechaniu na opisaną dziurę wiedziałem, jakie są tego konsekwencje. Co tu dużo mówić, wpadłem.

Teraz stoję i gapię się na gumę. Pierwsza diagnoza – pęknięcie wynikające z dobicia opony do rantu. Musi być niewielkie, myślę, ponieważ powietrze schodziło prawię przez minutę. Nie przez takie rzeczy ludzie przechodzili, Fridtjof Nansen dał radę, to i ja dam. Mój zapał trochę osłab, kiedy mimo wypróżnienia całej zawartości bomby, opona dalej zachowywała stan znany z „Trwałości Pamięci” Daliego. Pianka rozporowa ściekająca po feldze rozwiała wszelkie wątpliwości. W myślach wyobraziłem sobie, jak biała ciecz układa się w poszarpany napis „było miło, żegnaj”. O niee, jeszcze nie teraz. Tak tanio skóry nie sprzedam.

Okazało się, że jazda obładowanym turystykiem bez powietrza w przednim kole przysparza pewnych trudności. Przede wszystkim, opona wije się jak dżdżownica na asfalcie. Nie miałem wyjścia, wiłem się razem z nią. Po kilku kilometrach wiedziałem już, o czym pisał Keith Code w rozdziale o wężykowaniu jednośladu. Skutecznie uświadamiał mi to ból w ramionach i odmawiające posłuszeństwa nadgarstki. Prawdziwe problemy nadeszły w momencie, w którym skancerowana przez felgę guma stwierdziła, że użytkuję ją niezgodnie z przeznaczeniem, i uciekła pod obręcz. Przed glebą ratował mnie tylko brak świadomości, że tak się nie da jechać. Motywacją była również chata, na którą natrafiliśmy pomiędzy zakrętami. Nie zagłębiając się w szczegóły, gospodarz zamienił naszą walkę o przetrwanie w ewakuację. Nawet ręce bolały jakby mniej.

Nie wiem, czy to zasługa opatrzności, czy sytuacja była tak beznadziejna, że nawet złe moce machnęły na mnie ręką, ale w końcu dotarliśmy do Sugagu, bastionu rumuńskiej cywilizacji. Dokładniej, pod elewację dwupiętrowego budynku, który wyglądał, jakby był świadkiem nie tylko naszej pasji, ale również wyczynów Włada Palownika. Nie czułem się gorszy. Za sobą miałem odcinek specjalny, który momentami mógł zakończyć się porównywalną rzezią. To była jednak przeszłość. Teraz musiałem stawić czoła naprawie motocykla i czekającemu na niego właścicielowi. Rafał patrzył na mnie z troską.

Moje rozmyślania przerwał chłopak z bochenkiem chleba w ręku. Tak, dobrze czytacie – zrobił to za pomocą najgłośniejszego jednocylindrowca, jaki kiedykolwiek słyszałem, w samym środku nocy. Dosiadając swojego czerwonego Pucha, zamarł na środku drogi i przyglądał nam się z ciekawością. W pozbawionym szyby, zdezelowanym kasku wyglądał jak pensjonariusz Strefy 11. Nie bacząc na groteskowość sytuacji, ruszyliśmy w jego kierunku. Po krótkiej wymianie gestów nakazał nam jechać za nami. W tym momencie gdzieś w Amazonii znudzony motyl od niechcenia machnął skrzydłami, a moja historia nabrała zupełnie nowego wymiaru. Chwilę później trafiliśmy do domu, w którym w najlepsze trwa impreza. Na stole, równymi rzędami, stały miejscowe napoje biesiadne, w kącie żarzył się grill, z ustawionych przed wjazdem samochodów grała bałkańska muzyka. Problem uszkodzonego koła stracił na znaczeniu.

Rafał pozuje na szaleńczo głośnym Puchu. Tym razem bez chleba.

Rafał pozuje na szaleńczo głośnym Puchu. Tym razem bez chleba.

Współczesnego motocykla nie da się naprawić ot tak, za pomocą młotka. Trzeba mieć do tego narzędzia oraz doświadczenie. Na Zachodzie, w tym w Polsce, wystarczy kontakt do sprawdzonego mechanika. Cóż, w niedzielny poranek pośrodku rumuńskiej wioski byliśmy tego do bólu świadomi. Pojawiło się jednak światło w tunelu: miejscowy tubylec z wyobraźnią techniczną. Pierwszą przeszkodę w postaci braku specjalistycznych narzędzi pokonał zadziwiająco łatwo. Z pobliskiego ogrodzenia wyrwał żeliwny pręt, po czym za pomocą szlifierki kątowej dorobił potrzebny klucz. Niestety, aluminiowe koła widział chyba po raz pierwszy. Na nic zdały się moje protesty, domorosły serwisant z całej siły uderzył młotem w obręcz. Wystarczył jeszcze tylko jeden cios, by zauważył, że teoria brutalnie zderzyła się z praktyką. Wzdłuż dotychczasowego skrzywienia pojawiło się pęknięcie.

Nadszedł czas na plan B. Po chwili namysłu nasz miejscowy wybawiciel stwierdził, że rozwiązaniem będzie dętka włożona w… bezdętkową oponę. Wbrew pozorom, ma to sens, skąd jednak taką wziąć? Z pomocą pośpieszyli tubylcy, którzy zarzekali się, że na oddalonym o parę kilometrów targu można kupić praktycznie wszystko. Po dotarciu na miejsce okazało się, że bazar składał się z pięciu stoisk, rusztu z kiełbaskami oraz tłumu targujących się ludzi. Tym większe było moje zdziwienie, kiedy jeden ze sprzedawców ze zrozumieniem pokiwał głową, po czym ze sterty bezładnie leżącego towaru wygrzebał upragnioną gumę. Fakt, była o rozmiar za mała, zdecydowanie za wąska i przedatowana, ale są sytuacje, w których się nie wybrzydza.

 Traktor z parciem na szkło. W tle – rozebrany Tiger.


Traktor z parciem na szkło. W tle – rozebrany Tiger.

Pomysł okazał się strzałem w dziewiątkę. Byłaby dyszka, gdyby nie niewielkie trudności techniczne. Nafaszerowana czujnikami obręcz nie chciała współpracować z pełniącym funkcję łyżki do opon łomem. Po kilku kolejnych próbach przywrócenia jej do porządku, przerywanych ponownym mocowaniem felgi, Triumph w końcu stanął na koła. Była dopiero połowa dnia, a główny problem został zażegnany. Teraz wystarczyło jedynie na rano dojechać do domu. W drodze powrotnej nie myślałem o dętce w oponie i pękniętej feldze. Cieszyłem się jazdą.

Morał z tej historii jest taki, że nie każdy motocykl można naprawić młotkiem, ale prętem już tak. Jasne, mógłbym napisać o tym, jak nierozsądnie było zapuszczać się nocą w las i offroad, ale, prawdę mówiąc, bez wahania zrobiłbym to ponownie. Przecież to właśnie takie decyzje są sednem podróżowania. Zostanę przy tym, że po prostu shit happens. Dla jednych to pretekst, by następnym razem zostawić maszynę w garażu. Dla innych przygoda i motywacja do kolejnych wypadów.

Niech tak zostanie.

Advertisements

2 responses to “Guma z prętem czyli noc w Transylwanii

  1. Pingback: Wyposzczeni motocykliści czyli zalane muszelki i miejskie ubikacje | Czupryna na Gumie·

  2. Pingback: Polska myśl techniczna | Czupryna na Gumie·

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s