Fiksacja na tyłku czyli narkotyki po zakrętach

Pisanie blogu to ciężki kawałek chleba. Nie, serio. Trzeba pamiętać o systematycznej publikacji postów, dbać o promocję, pisać nawet wtedy, kiedy znajomi wołają z garażu. Do tego ciągły stres związany ze śledzeniem statystyk i złudne wrażenie, że jeszcze tylko jeden wpis, jeden komentarz, i droga na salony stanie otworem. Sfiksować można.

Zaraz, ale w takim razie, co ja tutaj robię? Po co lać żale, skoro można zamknąć budę, wrzucić klucze do studni i iść w cholerę? Otóż muszę w przekonujący sposób usprawiedliwić swoją roczną nieobecność. Bo co mam innego napisać? Gdybym jeszcze mógł zasłonić się jakimś konkretnym dzwonkiem lub przymusowym pobytem u wenezuelskich guerrilla. Cóż, nic z tych rzeczy. Tak naprawdę śmigałem na motocyklach, zwiedziłem trochę świata, świetnie się bawiłem. Teraz, po kilku miesiącach w siodle, dzielę się nowymi przemyśleniami. O ile wciąż chcecie mnie czytać(1).

Jak łatwo można wywnioskować ze wstępu, dzisiaj będzie o… fiksacjach. Właśnie dostałem sms od kolegi; napisał, że wszystko gra, zabieg się udał, bierze trzecią kroplówkę. Chwali się kaczką pod łóżkiem i rodzicami na sali. Trzymiesięczny urlop zapewnił sobie dzięki następującym po sobie fiksacjom. Najpierw zafiksował na punkcie motocykli. Trzeba przyznać, podszedł do sprawy na poważnie. Połowę budżetu przeznaczył na lśniącego sporta, resztę – na kawałki skóry i plastiku, które w razie niepowodzeń miały negocjować z asfaltem. Po miesiącu wdrażania w świat jednośladów, zafiksował po raz drugi. Tym razem na bagażniku naznaczonej czasem puszki. Szczęśliwie trafił na kompakt, więc lot był krótki, z zapewnionym miejscem na lądowanie po drugiej stronie karoserii. Rozłożył podwozie, podniósł szpeja, nawiązał kontakt z kierowcą, po czym odkrył, że ma złamany obojczyk. Lekarze odkryli, że w dwóch miejscach.

547969_3733146806893_203886347_n

Badania terenowe zakrętów – tryb „spectator”.

Teraz leży w ciepłym, szpitalnym wyrku (2) i, racząc się morfiną, rozmyśla o wypadku. Nie jechał szybko, samochód również nie zajechał mu drogi. W zasadzie to próbował zrobić miejsce. Pech chciał, że kumpel jest wychowanym motocyklistą i chciał się odpłacić tym samym. Sytuacja, jakich wiele, zwykłe nieporozumienie. Sęk w tym, że od momentu, w którym wzrok znajomego spoczął na tylnych światłach samochodu, już tam pozostał. Wiadomo, motocykl jedzie tam, gdzie się patrzy. Tym razem zawiózł go wprost do szpitala.

Oczywiście po całym zdarzeniu nie szczędziłem koledze kazania poświęconemu koncentracji wzroku. Jedziesz w zakręcie, to patrz w niego głęboko. Widzisz przeszkodę, patrz w miejsce, które pozwoli Ci ją ominąć. Hamujesz awaryjnie, patrz daleko przed siebie. Z satysfakcją przekazałem nabywaną latami wiedzę, odesłałem do wskazanej lektury, po czym wbiłem na moto. W życiu bym nie przypuszczał, że nadchodzi fiksacja numer trzy.

Jadąc, powiedzmy „swoim tempem”, dotarłem do zakrętu (3). Szeroki pas, dobry asfalt, wyjście z łuku ślepe, ale bez ryzyka na cokolwiek. Zamiast przyhamować, rozkręciłem manetkę, złożyłem motocykl i… na przeciwległym pasie pojawił się autobus. Nie przejmując się nim nadto, zanotowałem jego obecność. Chwilę później hamowałem w złożeniu, unikając zderzenia o kilkadziesiąt centymetrów. Podręcznikowy błąd, który niemal doprowadził do czołówki z kilkutonową sauną na kołach (naraziłem przy tym życie kilkudziesięciu pasażerów). Sytuacja do wytłumaczenia w przypadku początkującego jeźdzcca, ale po kilku sezonach na motocyklu, zupełnie niezrozumiała. Pozornie.

Sęk tkwi w tym, że wiedza i doświadczenie zdają się na nic, jeżeli nie mogą dojść do głosu. Wystarczy pomyśleć, ile wypadków mieliśmy, bujając głową w obłokach. Na motocykl trzeba siadać z czystym umysłem, koncentrując się na jeździe i analizując, co w danej chwili może przynieść droga. Jeżeli od rana myślisz o niebieskich migdałach albo dupie Marysi tudzież innej koleżanki – odpuść. Weź ulubiony napój (miejsce na Twoją reklamę) w rękę, odpal lapka i napisz coś na dawno zapomnianym blogu.

Na jazdę przyjdzie czas.

PS: Jesteście ciekawi, o czym myślałem w zakręcie? Chciałbym w sprytny sposób przemycić reklamę i napisać, że o współpracy z motovoyager.net, którą podjąłem na początku miesiąca. Niestety, wtedy zwyczajnie się zaczytałem. W napisie SCANIA.

  1. ay, ay, mój cięty humor wciąż trzyma poziom;

  1. cholera, przy 35 stopniach wreszcie musi być ciepłe;

  1. tak, to będzie historia pierwszego zakrętu.

Advertisements

4 responses to “Fiksacja na tyłku czyli narkotyki po zakrętach

  1. Bardzo fajnie, że wracasz do prowadzenia bloga, w końcu będzie coś ciekawego do poczytania 😉 Pozdrawiam

    • Dzięki za doping, tym razem postaram się być bardziej wytrwały (chociaż jeździć się chce, a nie pisać). Szerokości i do przeczytania!:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s