Survival na gumie część 2 – sztuka odpuszczania

Od pokoleń panuje pogląd, że nie należy odpuszczać. Cnotę tę pielęgnują liczni bohaterowie, którzy mimo urwanych kończyn, wyprutych wnętrzności i wyrżniętych członków rodziny bez słowa skargi prą dalej przed siebie. Rzeczywistość dostarcza także bardziej namacalnych wzorców. W wiadomościach słuchamy o himalaistach zmagających się z żywiołem gór, by chwilę później w sieci przeglądać fotki zawodników, którzy w pośpiechu podnoszą motocykle z żwiru i wracają w ferwor walki. Da się? Da. Jest jednak jedna subtelna różnica między poszerzaniem własnych możliwości w celu przekraczania ograniczeń, a ograniczeniami, które przekraczają nasze możliwości.

Tak to już jest, że środowisko motocyklowe przesiąknięte jest rywalizacją. W dodatku każdy uważa się za największego kozaka w mieście. Nawet, jeżeli rozsądek podpowiada po cichu, że sąsiad w drodze po bułki domyka opony, a kumpel ze szkolnej ławy właśnie objeżdża równik po raz czwarty, to i tak zepchniemy to do podświadomości. Oni niech sobie świrują, ale na Ciebie nie ma chuja we wsi. Niech rzuci rękawicą ten, kto chociaż raz nie pomyślał w podobny sposób. Nikt? No właśnie.

Zaorać żeby zaistnieć

Teraz słuchaj uważnie. Pierwszą rzeczą, którą należy odpuścić, to chore poczucie rywalizacji. I nie mam na myśli szczeniackich wyścigów od świateł czy zawodów w kręceniu cyrkli na szkolnym boisku. Chodzi o usilną chęć bycia lepszym od innych. Stary, na Twoim czy moim poziomie i tak osiągnięto już wszystko. To, że orając zębami o krawężnik zrobisz coś lepiej niż jakiś inny typek, nie znaczy zupełnie nic. Zarżniesz się na śmierć nakręcając kolejne kilkaset kilometrów co by pokazać jaki jesteś twardy? Świetnie, może będziesz miał swoje pięć minut przy piwie. Niestety, takie są fakty. Im szybciej to zrozumiesz, tym szybciej zaczniesz w pełni cieszyć się jazdą na motocyklu. I tym prędzej ogarniesz kolejne akapity.

Bezpieczne wnętrze garażu kontra słup. Może lepiej odpuścić niż popełnić błąd?

Czasem jest jednak tak, że w grę nie wchodzi rywalizacja, a zwykły wstyd. Bo jak niby przyznać się przed znajomymi (i przed samym sobą!), że coś przerasta nasze możliwości? Na usta ciśnie się historia chłopaka, który po wspólnej sesji na Obidowej chciał wrócić z nową ekipą do domu. Wszystko byłoby ok, gdyby nie jedna rzecz – świeżak ubzdurał sobie, że na stuncie utrzyma się za drącymi podnóżkami o asfalt ścigaczami. Pytali go kilka razy, czy da rade, próbowali wybić pomysł z głowy. Nie, on przecież mięczak nie jest. Goście ruszyli swoim tempem, nasz bohater utrzymał się kilka zakrętów, po czym zginął na miejscu. W imię czego, pytam? Co udowodnił, co pokazał? Jeżeli nie chcesz, żeby o Tobie pisano na jakimś blogu, ucz się na błędach innych. Odpuść.

Pasażer na gapę

Załóżmy, że jednak jesteś doświadczonym, starym wygą, który nie musi udowadniać całemu światu samczej dominacji. Swoje przeżyłeś, a na szczeniackie przepychanki patrzysz z pogardą. Ba, nawet wymuskanego, błyszczącego ścigacza zamieniłeś na dostojnego kanapowca. Jesteś świadomy tego co robisz i samotna jazda w swoim tempie sprawia Ci większą radochę niż tuzin cycków na plaży. Raz na jakiś czas planujesz dalszy wyskok poza miasto, żeby odsapnąć trochę od rzeczywistości. Rodzina oraz natłok obowiązków nie ułatwiają organizacji, ale jakoś udaje się wszystko zgrać. Wreszcie przychodzi długo oczekiwany dzień. Słońce grzeje aż miło, motocykl czeka zatankowany w garażu, a Ty… budzisz się chory. I co, niby jakiś katarek ma Ci przeszkodzić w zaplanowanym rejsie?

Jechałem raz z lekkim katarkiem, który co jakiś czas zapraszał na show kolejnych pasażerów. Po dwóch dniach wiozłem ze sobą całkiem ciężką gorączkę, ból głowy, brzucha i gardła. Jeżeli chcesz przekonać się, jakie atrakcje niesie ze sobą chorowanie podczas podróży na motocyklu, to polecam mały eksperyment. W dzień, w którym pogodynka wskaże temperaturę ponad 30 stopni (opcjonalnie może być 30 na minusie), zrób kilka serii pompek, brzuszków, podciągnięć, czy co tam Ci przyjdzie do głowy. Czujesz, jak Twoje mięśnie zaczynają odmawiać posłuszeństwa, a wargi wyschły na wiór? Świetnie! Pod żadnym pozorem nie wolno Ci się napić. Zamiast tego zarzuć swój pełny strój motocyklowy i wygramol się na balkon. Zejdź do półprzysiadu, wyciągnij ręce przed siebie i… stój. W najlepszym wypadku masz przed sobą 4 godziny na wybicie sobie z głowy łączenia choroby z jeżdżeniem. W najgorszym możesz tak sterczeć tydzień.

Mokra skóra, zdarta dupa

Nie tylko choroba jest dobrym powodem do tego, by dać sobie na wstrzymanie. Ile razy decydowałeś się na dalszą jazdę mimo, że czułeś już wyraźne zmęczenie, stres, strach? Ile razy parłeś przed siebie w ulewie albo totalnej ciemności? Ile razy drętwiały Ci nadgarstki bądź kark, a Ty lekceważyłeś ból zamiast zarządzić postój? Długo by wymieniać, a mi nie chce się tworzyć internetowej litanii. Co najwyżej możesz przystanąć na chwilę i przeprowadzić krótki rachunek sumienia. Po wszystkim zastanów się, czy Twoje decyzje były warte efektów, które dzięki nim osiągnąłeś. Idę o zakład, że jeżeli tylko nie ścigałeś się w rajdzie Paryż-Dakar albo nie wozisz organów do transplantacji, to właśnie zachodzisz w głowę co Tobą kierowało. Nie jojcz, robiłem dokładnie to samo. Ale świadomość, że 15 minutowa przerwa nie jest powodem do hańby, zaowocuje w przyszłości. W końcu suchy kombinezon to naprawdę fajna rzecz.

Last but not least: odpuszczanie jazdy na motocyklach, które przerastają umiejętności kierowcy, chroni przed dziurami w budżecie i zdartą dupą. Tutaj nie ma polemiki. Nie raz i nie dwa widziałem typów, którzy ze strachu srali w siodło, ale zawzięcie upierali się przy danym motocyklu. Strach przeszkadzał im w podejmowaniu trafnych decyzji, spowalniał reakcje, odbierał radość z jazdy. Jednym słowem, robił z nich cipy do potęgi. Dziwnym, niewytłumaczalnym dla mnie sposobem, na swoich nieprzewidywalnych motocyklach czuli się jednak ultra męscy. Większość z nich mniej lub bardziej widowiskowo zakończyła przygodę z motocyklami. Co sprowadza nas do punktu wyjścia – zacznij wreszcie jeździć dla siebie, tylko dla siebie. Jeżeli szukasz łatwego sposobu na poprawę swojej pozycji społecznej, to kup furę. Skuteczniej, a już na pewno bezpieczniej.

Jeżeli jednak uparłeś się przy motocyklu to nigdy nie zapominaj, że jutro też jest dzień. Deszcz minie, kałuża wyschnie, a słońce nagrzeje asfalt. Niestety, nie dla wszystkich.

Survival dla niecierpliwych:

  1. Amatorska jazda na motocyklu ma służyć Twojej przyjemności, nie rywalizacji. Wszyscy i tak mają w dupie gdzie oraz jak jeździsz.
  2. Nie wstydź się, że nie trzymasz tempa czy wolniej wchodzisz w zakręty. Wstyd to kraść.
  3. Pod żadnym pozorem nie wsiadaj na motocykl będąc chorym. Jeżeli dalej uważasz, że to świetny pomysł, przeprowadź eksperyment z szóstego akapitu.
  4. Jesteś zmęczony, obolały, zestresowany? Nikt Cię nie goni, czas na postój.
  5. Do poważnych motocykli potrzebne są poważne umiejętności, a nie nastawienie. Na nagrobku nikt nie graweruje danych technicznych.

Cykl “Survival na Gumie” to nie zawoalowana zrzynka z “Pani Domu”, a metoda na poruszenie istotnych tematów ułatwiających życie w siodle. W publikowanych tekstach zamieszczam jedynie swoje osobiste uwagi oraz kładę nacisk na odstępstwa od tego, co można wyczytać lub usłyszeć na ulicy. Nie zamierzam jednak kreować się na guru czy tym podobny szajs. Dlatego jeżeli chcesz podzielić się własnymi spostrzeżeniami bądź uwagami to zapraszam do dyskusji. Dzięki temu i ja nauczę się czegoś nowego.

Advertisements

7 responses to “Survival na gumie część 2 – sztuka odpuszczania

  1. Co ty wiesz o zabijaniu… znaczy się o jeżdżeniu chorym:

    http://cyberscyzor.blogspot.com/2011/06/prawie-niebo-czyli-grossglocknerstrasse_23.html
    Częściowo się z Tobą zgadzam. Szczególnie w tym momencie kiedy zauważasz, że nie ma sensu ginąć dla chorej ambicji. To głupie i dobrze, że napisałeś co napisałeś. Mam nadzieję, że komuś coś to da. No bo przeciez nie mi 🙂 Ja nie jeżdżę, chory… a nie czekaj… wróć…

  2. nie ma się czegos wstydzić jeśli cos jest ponad nasze możliwości , jeśli znajomi cie wysmieja trudno . Chociaz z rozmow z ludzmi , z własnego dowiadczenia wiem ze jeśli ktoś jeździ dla szpanu etc zawsze wysmieje kogos jak czegos nie zrobi , ktoś kto jeździ z pasji i kocha to nigdy nie wysmieje , ba jeszcze da cenne rady .Duuzo bardzo daje dobre towarzystwo do wspólnej jazdy , ja jezdze 2 sezon i pamiętam swojego początki przez kolegow i ich paplanie ‚ jak to tyle nie pojedziesz , czemu nie kupilas od razu 600 , weź masz motocykl a się cykasz czegos ” miałam stresa przed każdym wspólnym wyjazdem i zero przyjemności z jazdy 😉 teraz jezdze sama , czasem z kims z forum i nie wiem jak mogłam być glupia i tracic czas na jazde z nimi i nerwy 😉 Na każdego przyjdzie czas 😉 Teraz odmowisz , za rok to zrobisz 😉 lepiej tak niż lezec w piachu 😉

    • Monika, jest dokładnie tak jak napisałaś. Niestety, środowisko motocyklowe jest wręcz bombardowane przez ludzi mających problemy z poczuciem własnej wartości. Stąd takie sytuacje.

  3. Pingback: Survival na Gumie część 4 – pokonać strach | Czupryna na Gumie·

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s