Survival na Gumie część 1 – jazda w grupie

Motocykliści mają bardzo silnie rozwinięty instynkt stadny. Według naocznych świadków zbierają się liczne i, dawaj!, terroryzować okoliczne drogi. Proceder ten najczęściej można zaobserwować w dużych miastach oraz na trasach przelotowych hojnie obdarzonych w zakręty. Mi również udało się dostrzec takie grupy. Ba, nawet wielokrotnie wtapiałem się w pędzące stado i odczuwałem jego oddech na własnym karku. Niestety, nie był to kojący zapach lawendy i mięty. Raczej woń nocnej libacji, adrenaliny, brawury oraz szczypty strachu. Co tu dużo gadać, śmierdziało mi tam katastrofą.

Prawdą jest, że motocykliści lubią dzielić swoją pasję nie tylko przy kominku, ale również na drodze. Towarzystwo innych jednośladów potęguje doznania płynące z jazdy oraz skutecznie umila czas w przerwach. Dodatkowo jest to nasza gwarancją, że w razie przygód nie będziemy nocować w rowie albo samotnie pchać zepsutą maszynę ku zachodzącemu słońcu. Mógłbym wyliczyć jeszcze kilka innych propsów, ale szkoda mi na to miejsca i czasu. Bardziej martwi mnie fakt, że za każdym razem kiedy mam styczność z grupą bajkerów, odnoszę wrażenie, że największym czyhającym na nich zagrożeniem nie są samochody czy nierówne drogi. Oni notorycznie próbują wykończyć się sami.

Bezmózga kontemplacja zadka (kolegi)

Jazda w formacji, niby prosta sprawa. Założenie jest takie, że jazdy na zakładkę przy zachowaniu odpowiednich odstępów cały czas mamy przed sobą wolny kawałek asfaltu. Ma to sens i zazwyczaj ratuje skórę, pod warunkiem, że motocyklista wchodzący w formację automatycznie nie przechodzi na tryb „brain off”. Owszem, jazda z przewodnikiem ułatwia przemieszczanie się, ale prowadząca maszyna to nie lotniskowiec, żeby jechać za nim na „światła”. Zazwyczaj kończy się to wylądowaniem na cudzym błotniku albo pikowaniem w przydrożny rów. Trzeba również pamiętać, że czasem wygodniej i bezpieczniej jest zwiększyć dystans i odpuścić jazdę w szyku. Niejednokrotnie widziałem typów, którzy usiłując za wszelką cenę utrzymać „zakładkę” tłukli się po piachu, dziurach, żwirze, a nawet i poboczach. Pytam się, w imię czego? Nie mówiąc o tym, że powyżej przytoczone głupstwa zastosowane w zakręcie nie tylko mogą błyskawicznie zakończyć sielankę, ale również skutecznie uniemożliwiają obranie poprawnego toru jazdy.

Z rodziną dobrze nie tylko na zdjęciu. Warunek – trzeba się pilnować.

Podobnie sytuacja ma się w przypadku „szybkich”. Z niejasnych mi przyczyn obowiązuje zwyczaj, że jak siedzisz na ścigaczu to nie wystarczy, że zapierdalasz po drogach szybkiego ruchu. Potrzebny jest jeszcze partner, z którym uskutecznia się tak zwaną „wisielczą motywację” – wisi się na jego dupsku, a on za wszelką cenę przyśpiesza. Daleki jestem od tego, żeby ganić kogoś za szybką jazdę, nie potrafię jednak zrozumieć tak silnej potrzeby kontemplacji zadka swojego kumpla. Pomijam już zonki wyskakujące z wora podczas awaryjnych hamowań lub błędów prowadzącego kierowcy. Przede wszystkim, poprzedzający motocykl cholernie utrudnia koncentrację. Ciężko wlepić wzrok w zakręt, kiedy zaraz przed naszym nosem dwustu kilogramowa maszyna wyje, miota i wali światełkami. Dodatkowo ten sam obiekt znacząco ogranicza widoczność. Nie muszę dodawać, jak istotna to kwestia, kiedy na skutek prędkości obraz przed nami rozpływa się niczym „Trwałość Pamięci”.

Panienki przodem, szlachta z tyłu?

Kontrowersje budzi również rozmieszczenie jeźdźców w szeregu. Pomijając „Hells Angels”, teoretycznie najsłabsi trafiają na przód, natomiast tyły zabezpiecza lokalna elita. Ta, jasne. W praktyce po dwóch kilometrach zaczyna obowiązywać kodeks dżungli  – kto pierwszy ten lepszy oraz, w następstwie, ratuj się komu życie miłe. A można temu łatwo zaradzić. Przede wszystkim, dzielimy się na grupy, maksymalnie 4-ro osobowe. Do każdej trafiają ludzie o podobnych umiejętnościach i mentalności pod opieką gościa, który przewyższa ich doświadczeniem o poziom czy dwa. Dzięki temu wykluczamy efekt nadganiania za resztą, a strażnik może w kontrolowanych warunkach bustować swoje ego. Szybkich puszczamy na szpicę, niech sobie jadą swoim tempem. Bonusowo wyeliminujemy efekt „co, ja nie dam rady?!”. Prosto, łatwo, przyjemnie.

Nie wolno jednak zapominać o jednej rzeczy – w stadzie dystans, prędkość oraz liczbę postojów dostosowujemy do najsłabszego ogniwa. Jeżeli ktoś wyznaje eliminacje maluczkich to lepiej niech porzuci dwa kołach i skupi się na programach z Czubówną. Każdy kiedyś zaczynał, licząc jednocześnie na pomoc starszych stażem kolegów. Biorąc pod uwagę to co widzę na drogach, większość pomocy nie otrzymała i pierwsze kroki stawiała gdzieś na szarym końcu chlipiąc cicho pod nosem. Czas to zmienić. Jeżeli przed jazdą zgodziłeś się zaopiekować poczatkującym motocyklistą albo zwyczajnie wepchnęli Ci go pod skrzydło, to trudno, pilnujesz jego dupy do końca. Bez gadania, takie są zasady gry.

Sposób na samotność

Na koniec jeszcze jedna uwaga – są osoby, które pod żadnym względem nie nadają się do jazdy w grupie. Będą narzekać na zbyt wolne tempo, wytykać błędy innych, zakłócać porządek jazdy, żądać zmiany trasy i czepiać o byle gówno. Można cały dzień spełniać ich zachcianki, a ostatecznie i tak wcisną wszystkich w glebę na pierwszym lepszym forum. Jeżeli wpisujesz się w ten typ, to być może grupa, z którą się wybrałeś, nie jest dla Ciebie. Oszczędź nerwów cudzych oraz własnych i nadzwyczajnie w świecie się odłącz. Jesteś chłopie dorosły, dasz sobie radę. Jeżeli to chwilowy kryzys, to spokojnie możesz wrócić po wylajtowaniu na jakiejś urodziwej trasie. Może być jednak tak, że cierpisz na chroniczną niechęć do tłumów i nigdy nie znajdziesz towarzystwa dla siebie. Śmigasz wtedy samotnie, a upust nagromadzonej frustracji dajesz na blogu lub przed siedzibą ZIKiTu. Można też bardziej klasycznie, przy kominku i piwku.

 Survival dla niecierpliwych :

1. Nie trzymaj formacji za wszelką cenę. Jeżeli jednak wychodzisz z szyku, kontroluj dystans przed i za Tobą.

2. Lubisz jeździć szybko? Nie siedź komuś na dupsku. Motocykl przed nosem dekoncentruje i ogranicza widoczność.

3. Duże grupy warto podzielić na 3-4 osobowe zespoły. Dobieramy je względem umiejętności oraz mentalności jazdy.

4. Dystans, prędkość oraz liczbę postojów dostosowujemy do najsłabszego. Niby proste, a jednak mało kto chce o tym pamiętać.

5. Jeżeli irytuje Cię jazda w grupie to po prostu w niej nie jeździj. Od zaraz.

Cykl „Survival na Gumie” to nie zawoalowana zrzynka z „Pani Domu”, a metoda na poruszenie istotnych tematów ułatwiających życie w siodle. W publikowanych tekstach zamieszczam jedynie swoje osobiste uwagi oraz kładę nacisk na odstępstwa od tego, co można wyczytać lub usłyszeć na ulicy. Nie zamierzam jednak kreować się na guru czy tym podobny szajs. Dlatego jeżeli chcesz podzielić się własnymi spostrzeżeniami bądź uwagami to zapraszam do dyskusji. Dzięki temu i ja nauczę się czegoś nowego.

Reklamy

4 responses to “Survival na Gumie część 1 – jazda w grupie

  1. Zgadzam się! Warto też zwrócić uwagę, że o konieczności zmiany szyku na pojedynczy powinien decydować „road captain”, czyli najbardziej doświadczona osoba z grupy, która jedzie jako pierwsza. Jeżeli tylko jedna osoba zmienia szyk wkurwia resztę zajeżdżając drogę.

    • Celna uwaga, z jednym wyjątkiem – kapitan spisuje się tylko w większych grupach, zwartym szyku i przy stosunkowo niedużych prędkościach. Wtedy jego rola jest bezcenna. Z drugiej strony, według mnie lepiej duże grupy podzielić na mniejsze w towarzystwie doświadczonego jeźdźca, które jadą w stosunkowo swobodnej formacji z zachowaniem rozsądnych odstępów (stosunkowo swobodnej tzn. zachowują przestrzeń między sobą ale nie rozwlekają się i w miarę możliwości pamiętają o zakładce). Dzięki temu każdy z motocyklistów może wybierać odpowiednią dla siebie ścieżkę, przez co unika jazdy po słabej nawierzchni lub niewygodnego toru przejazdu przez zakręt. Sposób ten spisuje się dużo lepiej przy wyższych prędkościach lub na gorszych drogach. Kolejnym jego atutem jest to, że nie rozleniwia jeźdźców i uczy myślenia zamiast jazdy na „światła” (bo formacji zazwyczaj gówno widać). Warunek jest jeden – nie można siedzieć sobie na dupsku!

  2. A ja nie lubię jeździć w grupie po prostu. Wiele powodów sam utrafiłeś w swoich obserwacjach. Najważniejsze dla mnie jednak pozostaje bycie niezależnym na drodze, a nie dostosowywanie się do pogromców szos, gdzie każdemu zawsze coś może odjebać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s