Blondynka na mieście czyli przygoda życia

Podobno dla kierowcy nie ma piękniejszego uczucia niż dziewiczy rejs ze zdanym prawkiem w kieszeni. Jest to mit mający napędzać rzesze napalonych nastolatków wprost w paszczę ośrodków szkoleniowych. Co gorsza, większość adeptów wierzy, że zdając egzamin najgorszą część mają już za sobą. Nie, wróć. Tak naprawdę są święcie przekonani, że te parę podejść ostatecznie zakończonych wynikiem pozytywnym (chyba jedyny wynik pozytywny, który wciąż daje powody do radości) jest odpowiednikiem chrztu bojowego. Od tego momentu świat staje przed nimi otworem, a na swojej dumnej, wyćwiczonej piersi mogą zacząć wieszać medale. Cóż, rzeczywistość jest zgoła inna.

Jakiś czas temu pisałem o moich początkach na dwóch kołach. Będąc ledwie w liceum powoli wkraczałem w bezkompromisowy świat motoryzacji. W ciągu pierwszych paru godzin zaliczyłem chwile wzlotów i wzniesień, które ostatecznie doprowadziły Kaśkę prosto we wrota serwisu. Jak się później okazało, było to dopiero preludium. Przymusowy czas na refleksje trwał blisko dwa tygodnie. Dokładnie tyle zajęło doprowadzenie maszyny do pierwotnego stanu i zamknięcie wszystkich formalności związanych z rejestracją. Dla dojrzałego człowieka kilka dni oczekiwania nie stanowi wielkiego wyzwania, jednak dla napalonego nastolatka jest to doświadczenie gorsze niż dekada bez seksu.

Motocyklowe priorytety postawione na głowie – prawko jest tylko blondynki brak do zdjęcia.

Katiusze potęgował fakt, że za oknem królował październik, a sezon motocyklowy już dawno przeniósł się na południe. Na szczęście nawet najgorsze tortury mają kiedyś swój kres. Po otrzymaniu solidnej szkoły cierpliwości w końcu odebrałem różową piękność. Następnego dnia, nie przejmując się nadto niepewną pogodą, postanowiłem ruszyć na miejski lans. Za dodający odwagi pretekst posłużyło spotkanie z koleżanką, która w tamtych latach niepodzielnie władała moim młodzieńczym sercem.

Podróż zaczęła się obiecująco. Po przejechaniu około pół kilometra dotarłem do skrzyżowania, na którym obrana przeze mnie trasa zawijała w prawo. Biorąc pod uwagę sygnalizację świetlną i niewielki ruch, był to raczej nieskomplikowany manewr. Czekając na zielone, otwarłem przyciemnianą przyłbicę i z całych sił skupiłem się na tym, by wyglądać na starego wyjadacza. Niby przypadkiem, od niechcenia, skierowałem swój wzrok na  grupkę pieszych oblegających pobliski przystanek. Z braku ciekawszych zajęć, większość z nich wbiła swoje znudzone spojrzenia w oczojebną bestię. Kasia zamruczała cicho, gotowa podjąć wyzwanie. Nadszedł moment, w którym zdecydowana większość motocyklistów dokarmia swoją ego. Zostałem zauważony.

Równo z czerwono-żółtym światłem zanurkowałem zadziornie w łuk i, wbijając triumfujące spojrzenie w tłum widzów, stanowczo szarpnąłem manetką. Miało być agresywnie, wyzywająco, zwycięsko. Oto ja, nowy król szos, zaszczycam obecnością zebrany przy drodze plebs. W efekcie zrobiłem największego powerslida w swoim krótkim panowaniu. Startował zaraz na początku przejścia dla pieszych, biegł nierówno w dłuż przystanku i, nie mogąc zdecydować czy rozgonić stojących ludzi czy uderzyć w przydrożną latarnię, wił się aż po horyzont. Do dzisiaj nie wiem, jakim cudem po raz drugi z rzędu nie trafiłem do mechanika.  I, przy okazji, na OIOM.

Wiem za to, jak ledwie opierzony królewicz uszkodził skrzynię biegów. Stało się to parę minut i dwa kilometry dalej, w chwili, w której zamiast łagodnym, acz stanowczym ruchem wbić trójkę, stanowczo jednak zupełnie niedelikatnie wdeptałem jedynkę. Czynności towarzyszyła kanonada protestów, a moja Kasia w niezbyt wyszukany sposób straciła dziewictwo. Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że wtedy nie wiedziałem jeszcze, co kryje się pod pojęciem „być delikatnym”.

Po uznaniu wyższości rozwiązań technicznych nad siłowymi zacząłem niecierpliwie odliczać pozostałe do celu kilometry. Prawdę mówiąc, modliłem się o łaskę i dziękowałem za każdy przejechany metr. Musiałem skomleć wyjątkowo gorliwie, gdyż czuwająca nade mną opaczność błyskawicznie zwolniła tempo wyprawy do racjonalnego minimum. Wjechałem w pierwszy w życiu korek. Jak się niebawem okazało, zator powstał w wyniku bliskich mi okoliczności ściśle powiązanych z brakiem umiejętności i nadmierną prędkością. Na poboczu leżał potrącony przez samochód człowiek, którym desperacko zajmowała się ekipa reanimacyjna. Miałem dość.

Po powrocie do domu syndrom kabanosa powrócił ze zdwojoną siłą. Byłem roztrzęsiony, zdruzgotany i przekonany, że nie wsadzę ponownie swoich czterech liter na to cholerstwo. Dzisiaj już nie pamiętam co skłoniło mnie do tego, by dać motocyklom jeszcze jedną szansę. Być może stało za tym urażone ego bądź chęć zaimponowania czekającej na mnie blondynce. Najważniejsze jest jednak to, że po raz kolejny przerzuciłem nogę przez siodło.

Tak zaczęła się przygoda mojego życia. I niepoprawność.

PS: Wspominałem już, że egzamin zdawałem podczas burzy z piorunami? Wody było tyle, że na światłach wlewała się do butów. Nie powielajcie moich błędów, nie lekceważcie boskich znaków.

Reklamy

2 responses to “Blondynka na mieście czyli przygoda życia

  1. Pingback: Motocyklowe początki bez ściemy | Czupryna na Gumie·

  2. Pingback: Survival na Gumie część 4 – pokonać strach | Czupryna na Gumie·

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s