Oddam nerkę czyli uczynki miłosierne względem motocyklistów

Nienawidzę motocyklistów. Nie, inaczej – dawcy pieprzeni. Linki od rowerów kradną żeby wokół łbów wiązać. Albo między samochody się pchają, samobójcy. Zamiast poczekać jak przystało na normalnego człowieka, to ryją się na chama, drzwi rysują, lusterką obtrącają. Człowiek ledwo od blacharza furę wyprowadził, a już na zderzaku ma motocykl odciśnięty. Nie mówiąc już o tych pacanach, co się tłuką po nocach. Co ja gadam, tłuką, ryczą jak szaleni! Dzieci budzą, starszych ludzi o palpitację przyprawiają. To jednak nic! Raz widziałem gówniarzy co te, no, stójki robią. Znaczy na jednym kole wariują, najczęściej w mieście, wśród innych, bezbronnych postronnych. Ci są najgorsi, za nic mają prawo, za nic mają zdrowie, bezpieczeństwo, tylko szpan się liczy, brawura. Hołota, wstyd rodzinie przynosi.

Obiło się o uszy, nie? W telewizji leci reportaż o pierworodnym, który stracił życie na motocyklu. Chwilę później wiadomości puszczają nagranie stołecznej, w tle komentarz – pirat uciekał przed policją, 102 punkty karne. Nuda, wychodzę z domu. Idę spokojnie ulicą, wsłuchując się w dźwięki płynące z obwodnicy. Roztargniony, prawie włażę w wypełzły, trzymający się kurczowo ściany plakat z marchewką. Jeszcze to dziadostwo wisi? Wydawałoby się, że całe społeczeństwo sprzysięgło się przeciw motocyklistom. Media, władze, wszyscy. Niedługo babcie w kioskach z przekłuwania gumek przerzucą się na wyrywanie stron w Motormanii. A to przecież bzdura, zwykłe urojenia. Jestem pewien, że szary Kowalski, tak mocno zakorzeniony w chrześcijańskich wartościach, całym sobą kocha motocyklistów. Przykłady? A proszę bardzo.

Na świecie tyle zła i pokus (nie miałem nic z bajkiem, to wrzucam sztuczne cycki).

Głodnych nakarmić.

Oblepia siodło, bak, kierownicę, przędną część owiewki. Spływa po lagach, babrząc powierzchnię zacisków. Obok leży puszka z czerwoną etykietką. Tłuste, żółte litery układają się w smakowity napis. Pasztet drobiowy. Stoję naprzeciw z kaskiem w ręku i patrzę. Gdyby sprytnie zebrać maź z powrotem do puszki, to byłaby kolacja, może nawet dla dwóch osób. Pełen nadziei sięgam do kieszeni. W paczce zostały tylko dwie chusteczki. Szkoda. Z siodła i zacisków zetrę niewiele. Taki gest, a ja znowu obejdę się smakiem.

Spragnionych napoić.

Jadę za piękną, błyszczącą Astrą. Prosto z myjni, no igiełka, funkel nówka. Trochę dziw, bo w środku sami młodzi ludzie, a przecież współczesna młodzież zepsuta, nie szanuje porządku. Nagle spryskiwacze pędzącego przede mną Opla wystrzeliwują trzy salwy płynu. Po smaku stwierdzam, że świeżutki, zmieniony raptem parę dni temu. Dziękuję losowi za ten dar. Jeszcze kilka dodatkowych much i wchłonąłbym ich DNA niczym Jeff Goldblum, a tak, to szybka kąpiel i po temacie. Nawet kierowca się do mnie uśmiecha, widząc, że zrobił dobry uczynek. Mogę jeszcze raz? Tylko wizjer zamknę, tam też się sporo robactwa zebrało.

Nagich przyodziać.

Ostatnio kumpel mi opowiadał, że zostawił bajka na dwie noce w centrum. Myślę sobie, chory jakiś, w centrum? Bankowo nie było co zbierać. A on mówi, że wraca, motocykl stoi jak stał, jedynie zegary wykręcili. Trafił na człowieka z klasą, wziął tylko to co potrzebował. Poza tym, przecież złodziej też człowiek, chce żyć. Może kiedyś doświadczę podobnej łaski i będę kroczył przez życie ze świadomością, że za mój zbytek kupił dziecku kalosze?

Podróżnych w dom przyjąć.

Czuję lekką tremę, zwalniam. Zależy mi na tym, żeby w imieniu wszystkich Chrześcijan przynieść tej zapomnianej ziemi pokój. Najwyraźniej jeden z tubylców docenia taką postawę. Bierze do ręki piękną, dojrzałą pomarańczę i rzuca w moją stronę. Wiele dobra mnie od ludzi spotkało, ale takiego, spontanicznego poczęstunku się nie spodziewałem. Zwłaszcza, że mając na uwadze moje zmęczenie podróżą, wycelował prosto w usta. Przysięgam, starałem się, ale nie złapałem. Może następnym razem.

Więźniów pocieszać.

Deszcz zmywa ze mnie popełnione grzechy. Złamałem prawo, przekroczyłem prędkość o 15 km/h. W Szwajcarii za taką niegodziwość musiałbym fundować autostradę, ale polska drogówka to dobrzy chłopcy. Nawet na służbie nie zapominają, że rodakom się nie przelewa. Dają marną stóweczkę za wykroczenie i jeszcze tylko pięć za nieścisłości z prawem jazdy. Sześćset złotych to drobiazg w porównaniu z czynem, którego się dopuściłem. Już cztery dni jeżdżę bez ważnego orzeczenia. A gdybym tak, przez swoją głupotę i niedbalstwo, spowodował wypadek? Nie mogę się napatrzeć na lica siedzących w radiowozie policjantów. To nic, że moknę. Oni tacy dzielni, tacy sprawiedliwi.

Chorych nawiedzać.

Dosłownie sekundę temu leciałem na czołówkę. W ostatniej chwili minąłem nadjeżdżający pojazd i, dla bezpieczeństwa, zatrzymałem się na poboczu. Pech chciał, że w miejscu zatrzymania pobocze było rowem. Teraz leżę pod motocyklem, doceniając swoje położenie. Cóż, wygrzebać to się nie wygrzebie, ale przynajmniej spoczywam wygodnie, a nie stoję. Żeby jeszcze noga nie bolała i mogę spokojnie przenocować. Nagle, gdzieś z góry słyszę głos – „Chcesz wpierdol, palancie?”. Cieszę się zainteresowaniem, przecież mógł mnie tam zostawić.

Umarłych pogrzebać.

„Dializy, co drugi, trzeci dzień. I tak już cztery lata, a wszystko przez to, że z grypą latałam. No, z normalną grypą, takich jak setki innych. Łykałam witaminę C i zasuwałam do pracy bo szef krzywo patrzył na tych, co się wymigują. No ale zamiast przejść to… Kto by pomyślał, że przez zwykły katar można tak skończyć. Nie ma dla mnie ratunku, tylko przeszczep. O nerkę ciężko, czekam na motocyklistę„.

Takie plony zebrałem, może swoją oddam?

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s