Mokre majtki czyli rola szmaty w podróży

Niech cholera weźmie cały ten wypad, ten motocykl, to wszystko! Żeby człowiek tak się męczył, tyle kilometrów przeprawiał, na granicach użerał, o kawałek kości do obgryzienia prosił, a na koniec jeszcze zębami szczękał na poboczu. W imię czego to wszystko, żeby kilka fotek strzelić oraz parę historii potomnym opowiedzieć? Zresztą, oni teraz mają tych swoich batmanów czy innych supermenów więc pewnie machną ręką, nie takie rzeczy na neta wrzucają. I jeszcze ten ziąb zasrany. Mówiła matula przez telefon, co z tego, że 30 stopni w dzień, spakuj sweterek bo pupsko odmarznie. Tylko kurde gdzie ten sweterek wcisnąć, jak sakwy wypchane po brzegi, aż szwy trzeszczą. Zachciało Ci się podróżowania na kosiarce to masz za swoje, głąbie. Chryste, zimnooo!

Zdarzyło się wielokrotnie. Stałem na bezdrożu i kląłem w żywy kamień. Na obolałe plecy, zdrętwiałe ręce, zesztywniały kark oraz przysychający do kręgosłupa żołądek. To wszystko dałoby się jednak przeżyć. Głównym katem, który obcinał skrzydła podróżniczej nirwanie, był notoryczny brak miejsca na rzeczy mogące wyciągnąć mój tyłek z opresji. Najgorsza była świadomość, że przed wyjazdem miałem TEN szajs w rękach. Intuicja podpowiadała mi, że akurat bez TEGO kawałka szmaty czy drutu cienko będę piszczał. Sęk w tym, że nie mogłem TEGO czegoś upchnąć i, ostatecznie pogodzony z losem, wrzucałem TO do szafy. Tak więc w czeluściach szafy tkwiło:

Coś na ziąb…

Wiosna w Afryce Północnej. Piękne słońce, ciepełko, ale nie skwar, idealnie. Arek miał przy sobie wszystko. Dosłownie. Swoją błyszczącą Multistradę obładował zestawem wielkich kufrów, bagażnikiem z łatwością mieszczącym parę kasków oraz tangbagiem, który w poprzednim wcieleniu pełnił rolę pokrowca na Grubą Bertę. Jakby tego było mało, na siedzeniu dla pasażera umieścił torbę podróżną  tymczasowo służącą mu za szafę. Jedyną niedogodnością był szpagat, który musiał robić przy każdym wsiadaniu, oraz moje docinki oscylujące wokół tematu taborów cygańskich. Znosił je dzielnie, wiedząc, że przyjdzie na mnie pora. Lokalna amplituda temperatury wyciskała ze słupka rtęci siódme poty, dlatego podróż przebiegała tak, by przed zmierzchem kończyć trasę. Wszystko szło zgodnie z planem do momentu, w którym „szybki” wypad okazał się całodzienną eskapadą uwieńczoną kilkusetkilometrowym sprintem po zachodzie Słońca.

Teraz wierzycie w opisane dysproporcje?

W siodle podczas zmęczenia każdy bodziec atakuje ze zdwojoną siłą. Sytuacja, w której trzęsiesz się jak osika przy ponad 20 stopniach, nie jest niczym nadzwyczajnym. Mój problem polegał na tym, że temperatura przekraczająca 30 stopni w dzień, w nocy pikowała na łeb, na szyję w okolicę 5. Po godzinie jazdy ubrałem cały swój dobytek, kuliłem się za szybą, zwolniłem tempo do minimum i dalej cholernie marzłem. Pisząc cholernie mam na myśli ten stan, kiedy stoisz w zimową noc na przystanku, zastanawiając się co nadejdzie szybciej – spóźniony autobus czy odmrożenia trzeciego stopnia. Nie przesadzam. Arek w tym czasie, z wolna przeobrażając się w Yeti, wyciągał kolejne pary ocieplaczy. Widząc, że trzęsie mną jak nakładką wibracyjną, z triumfalną miną, niby przypadkiem, machnął zestawem ultra-pro odzieży chroniącej przed hibernacją. Gapiąc się jak burek na szynkę, odmówiłem. Duma mi nie pozwalała. Ale od tego czasu polarek, bez względu na warunki, zajmuje honorowe miejsce.

Coś na deszcz…

Miejsc honorowych mam w sakwach więcej. Obok polarka za każdym razem dziką kartę dostaje przeciwdeszczówka. Niestety, w jej przypadku również nie obyło się bez sadomasochistycznych doświadczeń. Wyobraź sobie sytuacje, w której dwa worki o łącznej objętości 80 litrów muszą pomieścić odzież, podstawowe szpeja do motocykla oraz resztę niezbędnych gratów. Wszystko spoko do momentu, w którym nie bierzesz ze dobą partnera, a lewą sakwę nie wypychasz śpiworem pamiętającym czasy Gomółki. Po kilkunastu próbach spakowania kupionych specjalnie na tę okazję pelerynek, cisnąłem nimi w kąt. Na efekty tej decyzji trzeba było chwilę poczekać.

Początek wydawał się obiecujący. Na trasie spadło raptem kilka kropel deszczu, którym nawet nie udało się trafić w pędzący motocykl. Bezgranicznie ufając szczęściu szybko zapomniałem o sprawie. Przypomniałem sobie w chwili, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że nasza autostrada prowadzi prosto w paszczę czarnych chmur kłębiących się na horyzoncie. Zaczęło się. Był to jeden z tych rodzajów deszczu, który moczy na raty. Najpierw wprowadza w stan niepewności i roztacza wizję nadchodzącej kąpieli. Następnie, stopniowo, przesiąka przez czubki rękawic, prezentując swoje możliwości. Bez pośpiechu brnie coraz dalej, coraz głębiej, aż przemienia odzież wierzchnią w akwarium. Przy każdym najmniejszym ruchu czujesz potoki pędzące po torsie, bajorka chlupocące w butach oraz strumienie bezwstydnie wpływające w majtki. I tak przez cały dzień.

Jaka wystawka, ja tu mieszkam!

Coś na głód…

Był kiedyś taki czas, że razem z kumplem siedziałem uziemiony na Lazurowym Wybrzeżu. Normalnie cieszyłbym się na myśl takich wakacji, ale awaria jednego z motocykli skutecznie studziła mój zapał. Dodatkowych zmartwień przysparzał domagający się żarcia brzuch. Nic dziwnego, skoro ostatni posiłek zjadłem dobre kilkanaście godzin wcześniej. Traf chciał, że jedyny otwarty lokal w promieniu dwóch kilometrów był pizzerią sprzedającą swoje wyroby wyłącznie na… wynos. No ale w końcu co to za problem. Pizzę je się rękoma. To sprawdzona metoda, którą zna nawet kilkuletnie dziecko. Ciasto wypieka się w taki sposób, by jego sztywna, spodnia część bez przeszkód wprowadzała wierzchnią zawartość prosto do żołądka. Taa, yhym, jasne, my ass.

Powyższą tezę zweryfikowałem chwilę później, kiedy na pobliskiej ławce próbowałem uporać się ociekającą wytopionym z pepperoni tłuszczem masą. Pech chciał, że przez panujący upał oraz nienajlepszy transport podwójna porcja sera zlała się w róg pudełka i, przyczajona, czekała na mój ruch. Zadania nie ułatwiało również przesiąknięte sosem ciasto, które ze sztywnością miało tyle wspólnego co (w tym miejscu…) trzymając go w ręce i (…niebanalna historia…) patrząc w stronę roześmianego tłumu (… którą pominę). Wyobraźcie sobie dwoje wygłodniałych ludzi w jednym z najbogatszych rejonów Europy próbują rękoma uporać się z uciekającym we wszystkie strony tłuszczoserem. Ostatecznie padł pomysł konsumowania brei za pomocą kartonika wyrwanego z opakowania. A wystarczyło zabrać w drogę turystyczny zestaw sztućców. No kto by pomyślał.

I wiele, wiele więcej…

Mógłbym pisać w nieskończoność  o trudach pakowania sportowego motocykla w trasę. Na przykład o tym, jak wojskowy pasek z czasów PRL, którym przytwierdziłem namiot, okazał się trochę słabszy niż jego legenda. Albo o rękach spalonych na wiór przez totalny deficyt kremu z filtrem. Może o śrubokręcie pozostawionym w garażu? Przepalonych przez wydech linkach mocujących? Wiem, albo tę historię, kiedy w sakwie z czystą bielizną rozlał mi się olej.  Mógłbym, ale nie to jest najważniejsze.

Najważniejsze jest uczucie, kiedy gdzieś, hen daleko, mijam ciągniętego przez terenówkę, załadowanego na przyczepę GS’a.

Uśmiecham się.  Jestem zwycięzcą.

Advertisements

2 responses to “Mokre majtki czyli rola szmaty w podróży

    • Zapraszam, niedługo będę wdrażał kilka nowych pomysłów więc szykują się małe trzęsienia ziemi. Pozdrawiam serdecznie:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s