Pierwotna ekstaza czyli chrząkający plecak, pingwin Adeli i świstak

Jedziesz pomiędzy okrytymi śnieżnym puchem kilkutysięcznikami. Potężne, dumne, majestatyczne. Każdy z nich śledzi Twoje ruchy, marnego pyłku w obcej krainie. Oznaki nadchodzącego lata w niecodzienny sposób przeplatają się z pozostałą po zimie zmarzliną. Przegrywający zmagania z ciepłem śnieg powołuje do życia mieniące się w słońcu wodospady oraz odkrywa szmaragdowe jeziora. Niżej wielobarwny dywan kwiatów kusi swym pięknem. Gdzieś po lewej słyszysz gwizd spłoszonego świstaka nad którym zawisł złowrogi orli cień. Nie masz jednak czasu, by podziwiać otaczającą Cię scenerię. Przed Tobą niekończąca się nić serpentyn. Mimo gładkiego jak pośladki asfaltu i skrupulatnie zgarniętego żwiru nie wybaczą żadnego błędu. Twój umysł pracuje na najwyższych obrotach, analizując każdy zakręt, każdy ruch napiętego ciała. Wiesz, że najlepsi zostaną nagrodzeni rześkim powietrzem kojącym strudzone oblicza. Przez chwilę wydaje Ci się, że jeden odrobinę silniejszy podmuch i, rozmarzony, obudzisz się we własnym łóżku. To jednak nie sen. To Grossglockner.

Spotkanie Pierwsze

Na Grossglockner Hochalpenstrasse trafiłem z Plecakiem. Ważył tyle co nic, całkiem nieźle wyglądał i nie gadał zbyt dużo. Prawdę mówiąc, cierpiąc na chore gardło, nie odzywał się w ogóle. Nie dziwi więc fakt, że po porannym pakowaniu podchodził sceptycznie do bonusowych 200 kilometrów, w dodatku nakręconych po drodze przypominającej drzewko genealogiczne Forresterów. Zapału nie dodawała również duchota zalegająca w dolinie, która w połączeniu z ciężkimi, skórzanymi kurtkami, w odczuwalny sposób ocieplała alpejskie krajobrazy. Było parno jak diabli. Jedynie grupki kolarzy, metodycznie forsujące kolejne stromizny, miały za nic kiszącą się w powietrzu zupę. Z nadzieją, że z pomocą kilku koni doścignę peleton gdzieś wyżej, ruszyłem ich śladem.

Pierwsze łuki przywitały nas spokojnie. Delikatnie wijące się zakręty, do tego szeroka droga i szumiący wkoło las. Ochoczo napierałem przed siebie, licząc, że dojadę do celu szybciej niż zasnę. To jest ten legendarny Grossglockner? Toć u nas w Ojcowie jest bystrzej. Góra, jak na komendę, podjęła polemikę. Winkle zacieśniały się coraz bardziej, aż w końcu przybrały formę ostrych nawrotek. Z każdej wyciągałem solidną lekcję o przeciążonym gepardzie podczas żółwich manewrów. W tym samym czasie juczną Tośkę objeżdżali korzystający z poczucia nieśmiertelności motocykliści, którzy właśnie przekroczyli bramę do nieba. Też bym polatał, psiakrew. Ale jak tu grzać, skoro torby obijają się o wydech, a Plecak przyssał się do pleców, żeby nie fiknąć przez… plecy? Każdą próbę szybszej jazdy stopowały również gumy, które z precyzją drwala monitorowały przyczepność. Trzyma. Trzyma. Cholera, nie trzyma. Tył, zgłoś się! Tu przód, tył puścił i odpadł. Dobrze, że chociaż aura objęła moją stronę. Ah, jak rześko!

Tośka, gnębiona chorobą wysokościową, łapie oddech.

Kilkadziesiąt kilometrów dalej wskakiwałem we wszystko, co tylko dało się wygrzebać z sakw. Nagle okazało się, że tachanie bielizny narciarskiej oraz zimowej kominiarki nie było aż tak durnym pomysłem. Odmawiając litanię dziękczynną, zgrabiałymi palcami zakładałem kolejne warstwy syntetycznej bawełny. W międzyczasie korzystałem z pierwszej sposobności, by bez perspektywy lotu w przepaść, podziwiać piękno okalających mnie szczytów. Ich namacalna wręcz bliskość doprowadzała do nasyconej pierwotnością ekstazy. Ja, kobieta, motocykl i zew natury. Ja zdobywca. Mrowienie falami zaczęło przelewać się przez kark. A może by tak, na ołtarzu przyrody..? Control, control, you must learn control! W przypływie mądrości Jedi pobiegłem do pobliskiej budki i, koncentrując myśli na Masie, kupiłem mu pocztówkę. Plecak pochrząkiwał pod nosem, fotografując kwiatki.

Kaiser-Franz-Josephs-Höhe-Besucher-Zentrum przywitało nas… Nie, wróć. Główne centrum widokowe witało przyjezdnych niepowtarzalnym krajobrazem i rzeszą skośnookich turystów. Nad tłumem błyskających fleszami słomkowych kapeluszy trwała królewska góra Wysokich Taurów – Grossglockner. Przewyższająca wszystko, łącząca ziemię z niebem grań, rozwiewała wątpliwości zebranych pod nią maluczkich. Wiedzieliśmy, kto tu jest Władcą. U jej skalistych stóp tkwił najwierniejszy poddany, Lodowiec Pasterze. Jako oddany strażnik od zarania dziejów baczył, by spokoju Pana Austrii nie mąciła byle pierdoła z kijkami. Wysiłki te traciły jednak na sile. Jego szorstki jęzor, niegdyś oplatający niemal całą przełęcz, w ciągu niespełna dwóch wieków skurczył się o połowę. Teraz, coraz mniej wyraźnie, przemawiał do rozsądku zgromadzonych. Nieopodal automatu odbijającego pamiątkowe monety całym sobą chłonąłem kazanie. Na co mi jakieś blaszki, znaczki, świstaki, skoro i tak nigdy tego nie zapomnę. Plecak chłonął wraz ze mną.

Grossglockner

Widok na Grossglockner. Pingwin Adeli gdzieś za obiektywem.

Podczas zjazdu wspomnienia utrwaliły drętwiejące z bólu ręce oraz upał, który w dolinie uderzył ze zdwojoną siłą. Zrzucając z siebie w pośpiechu kolejne warstwy ocieplaczy, ległem zdyszany na poboczu najbliższego parkingu. Za sobą miałem najpiękniejszą trasę, jaką dotychczas widziałem. Przed sobą kilkaset kilometrów do nawinięcia i ledwie połowę dnia w zapasie. Zadania nie ułatwiał burczący brzuch, który wszelkimi sposobami walczył o uwagę. Cóż, czas się zbierać. Plecak, bez słowa protestu lub najmniejszej skargi, zajął swoje miejsce i dał znać, że jest gotów do dalszej jazdy. Teraz wiem, że nikt wcześniej, ani nikt później nie zniósł tej drogi dzielniej niż Ona. Byłem dumny.

Spotkanie Drugie

Przemarzniętymi dłońmi odwieszam kask na lusterko. Starając się chociaż trochę rozgrzać atmosferę, rzucam do Masa dowcipem:

– Tam masz pocztę, możesz ich opierdolić, że kartka nie przyszła. Niech oddadzą za znaczek.
– Jebać kartkę, jak tu zajebiście, staaarry!

Nagle, spośród zaparkowanych motocykli, wyskakuje Pingwin Adeli. Ptasim, chwiejnym ruchem monitoruje przymocowany do kasku obiektyw.

– What’s this, friend? Is it on?
– Yup, we’ve been recording our road to top.
– Guardate amici, hanno telecamera! – klekocze, truptając w stronę pobliskiego stadka.
– Co on chciał?
– O gopro pytał. Ja pierdole, wraca.

Pingwin Adeli, kołysząc się z boku na bok, badawczo okrąża Tośkę. Przystając przy rejestracji, bezładnie macha skarłowaciałymi skrzydełkami.

– Polonia?! Amici, sono polacco! On this?!
– Not big deal, last year I was here with my girlfriend by same bike. In fact, we made nearly 7 thousand kilometers together.
– Lei ti ama, amici!
– Not yet, mate. Masu, chodź, odbije sobie monetkę ze świstakiem.

Odbiłem. Ale po zjeździe leżałem plackiem w tym samym miejscu.

Reklamy

One response to “Pierwotna ekstaza czyli chrząkający plecak, pingwin Adeli i świstak

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s