Z ziemi wolskiej do polski czyli wielka ucieczka

Dante Alighieri zniknął w otchłani piekielnej konstrukcji. Za nim ruszyło kilku jego pobratymców, w tym całkiem liczna delegacja witruwiańska. Na nic zdały się nieme protesty i wymowne rozkładanie rąk. Wynalazek został skonstruowany tak, by niezależnie od nominału, bez zająknięcia połykać kolejne monety. Z wąskiej szczeliny wydobywają się wprawiające w konsternacje ciche brzdęknięcia. Jeszcze chwila tej kakofonii i będziemy albo głodować albo pchać. Obserwuję Masa, który nerwowo pozbywa się życiodajnego balastu. Z ostatnim brzdękiem szlaban staje na baczność. Jak na komendę rozkręcamy do oporu gaz niczym szwajcarski żołdak przed papamobile. „Due volte! Pay to times!” krzyczy za nami maszyna. Vergessen, krwiopijco!

Planowanie budżetu to najtrudniejszy element każdej ekspedycji. Pomijając przedzieranie się przez tony makulatury (1), trzeba wszystko przeliczyć, wyrachować, obliczyć jeszcze raz, pogodzić się, że nas nie stać i na koniec starannie podzielić przez dwa. Rozsądni ludzie powielają procedurę do momentu, kiedy wynik przestanie wynosić zero. Nie ma tłumaczenia, że w ogólniaku rzut piłką lekarską poszedł celująco, ale ścisłe kwiczały. Nieudolność matematyczna niesie ze sobą olbrzymie prawdopodobieństwo, że na powrót do domu będziemy zbierać w przesympatycznej atmosferze miejscowego dworca. Tyle teorii.  Tak naprawdę planowanie naszego budżetu stanęło po stwierdzeniu „staaary, Europa wcale nie jest taka droga. To co, trzecie piwko?”. Niestety, nie żartuję.

Nieszczęśliwy splot wydarzeń rozpoczął się na autostradzie pomiędzy Weroną, a Mediolanem. Masu zgarnął sterczący z automatu bilecik i na nieświadomce ruszył przed siebie. Nie wiedział, że wśród jego kasę trafiła tabletka gwałtu. Po przejechaniu około 150 kilometrów wyszło na jaw, że wystający kawałek papieru jest warty więcej niż obiad familijny na placu Św. Marka. Wiedzieliśmy, że włoski sektor komunikacyjny to honorowy sponsor bunga-bunga, ale nie mieliśmy pojęcia, ile hajsu muszą płacić kierowcy pojazdów powyżej 3,5 tony. Po tym incydencie zostaliśmy uświadomieni. Raz, a dobrze.

Farfocel na baku

Gdzie bajker za wjazd płaci tam diabeł się bogaci.

Od tego czasu, mając na uwadze zbliżająca się głodówkę, skrupulatnie badaliśmy każdy wydawany przez przybramkowy automat kartonik. Tak dokładnie, że tym razem w drodze do Padwy jeden z nas (2) postanowił wywalić czekający w slocie bilet i sięgnąć po nowy. Jako, że obydwoje pochodzimy z kraju, w którym na obu płatnych autostradach wydaje się odręczne pokwitowania, nie przyszło nam do głowy, że dyndający zawczasu papierek ma ułatwić życie pędzącym kierowcom. Ot, podjeżdżasz, otwierasz szybę, a on praktycznie sam wskakuje do środka. Przekonaliśmy się o tym kilka minut później, kiedy w akompaniamencie klaksonów dotarło do nas, że nic nie wypadnie póki nie przejedziemy pod otwartym szlabanem. Jako, że poprzedni bilet przeminął z wiatrem, postanowiliśmy wziąć tylko jeden. Najwyżej podczas uiszczania opłaty wyjaśnimy, że jesteśmy z Polski.

Taryfikator wyceniał powyżej opisany pomysł na 50 euro grzywny. Tyle też wypisała na mandacie kasjerka, która bonusowo w melodyjnym włoskim narzeczu spuściła nam 10 minutowe incazzare. Nie ma co ukrywać, duch się w nas załamał. Tym razem nawet windujące morale słowa ukochanego hymnu (3) musiały skapitulować. Co to za patriotyzm, kiedy chłopaki z Motoautostrady walczą o każdy wydzierany rodakom grosz, a my w międzyczasie fundujemy makaroniarzom łatanie dziur. Złorzecząc na niesprawiedliwość losu, postanowiliśmy wziąć odwet. Za wolskie krzywdy, za polską a-czwórkę.

Myśląc o powyższych wydarzeniach, mknę na oślep w kierunku austriackiej granicy. Przed oczami wciąż mam widok rozkrzyczanego, szarżującego na nas kasjera oraz zdezorientowanych carabinieri. Ci drudzy dla odmiany rzucili się w stronę swojego błyszczącego radiowozu. Teraz już wiem, co czuł Steve McQueen podczas finałowej sceny Wielkiej Ucieczki. Czuł odór własnych fekaliów oraz rześki powiew wolności napływający od strony zbliżającej się granicy. Walcząc z pędem powietrza, na ułamek sekundy odwracam głowę. Po prawej leci Masu, który bez rękawiczek i z niedopiętą tanktorbą niebezpiecznie zbliża się do rekordu toru Monza. Jeszcze 10 kilometrów i dziękuję, do widzenia.

5…

Skoro za zgubiony bilet biorą „metà del valore banconote” to ile kasują za nieudany skok na bramki?

3…

Cholera, żebym tylko nie musiał skakać przez siatkę.

2…

Tunel!

1…

Za swoją głupotę pokutowaliśmy jeszcze dobre pół roku. Nic nie oczyszcza tak skutecznie, jak pełne nadziei oczekiwanie na mandat. Zwłaszcza, jeżeli jego kwota idzie w tysiące euro.

  1. 90% zawartych w makulaturze informacji nadaje się do zmiałki razem z nią. Fakt.
  2. Tym razem unikam machania palcem wskazującym. Mógłbym wybić sobie oko.
  3. Z ziemi polskiej do wolski, na tę nutę.
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s