Wielokrotny orgazm czyli złamana przysięga

Zaczepiając rękę o zardzewiałą siatkę, stoję wpatrzony w prostą startową. Dwie smugi przecinają z rykiem moje pole widzenia, po czym na pełnej prędkości pikują w pierwszy zakręt. Chwilę później kolejna smuga przekracza nadświetlną i rusza w samobójczy pościg. Przerażony odwracam wzrok, napotykając po drodze czekający w boksie motocykl. Tośka, łypiąc spod niezaklejonych reflektorów, złowieszczo szczerzy zęby. Chciałeś, to masz. Żyłeś sobie w spokoju, nikomu nie wadziłeś, a teraz zginiesz tutaj.

Dzień 1 – Jekyll

Na miejsce egzekucji dowiózł mnie kumpel, który za punkt honoru postawił sobie przyspieszenie wyroku.(1). Nie zagłębiając się w detale, po nieprzespanej nocy, badaniach technicznych oraz krótkiej odprawie trafiłem pod wspomnianą powyżej siatkę. Uwiódł mnie dźwięk silników, które wkręcane pod czerwone pola brzmiały niczym kosiarki w chaszczach zmiksowane z nagrzewającym się silnikiem odrzutowym i solidną porcją latających luzem śrubek. Syreni śpiew.

Nic to, myślę. Dałem się wciągnąć w ten wir, to chociaż zginę w nim jak facet. Szukając otuchy przed ostatnim zrywem, skupiam uwagę na przyznanym dzień wcześniej numerze startowym. Dziewięć i siedem. Doskonała nieskończoność. Cholera, w czym? Gdzieś w głębi duszy czuje, że jest to zapowiedź wymiaru, do którego trafię na pierwszym zakręcie. Z wizją poprzedzającego ten transfer wypadku, przekładam nogę przez siodło i duszę starter. Tośka mruczy niespokojnie, w filmowym stylu budując napięcie. Po chwili dołączają do niej kolejne maszyny z grupy „be” oraz głośne, ironiczne rżenie technicznych. Lud chce krwi. Narastające wibracje strząsają przyczajoną we włosach kroplę potu, która bez słowa protestu ścieka po czole.

Jeszcze dwa miesiące wcześniej wypad na tor wydawał mi się świetnym pomysłem. Gdzieś wyczytałem, że jeden dzień na takim obiekcie to 10 tysięcy kilometrów nawiniętych na drodze (2). W międzyczasie starsi stażem kumple przechwalali się, jak to nie kozaczą po winklach i kusili, bym również spróbował. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że srali ze strachu przed każdym startem, a zaproszenie do wspólnej defekacji wiązało się tylko i wyłącznie z chęcią dowartościowania na słabszym. Nie bacząc na lament anioła stróża, podpisałem cyrograf. Nadszedł czas…

Jedziemy! Ruszam jak umiem najsprawniej, próbując trzymać się gościa przede mną. Chryste, jak ciasno. Pierwszy zakręt, na którym chwilę temu kilka smug stoczyło bitwę, wita mnie całkiem spokojnie. Za nim długa, złamana w połowie prosta i mocny, w dodatku nierówny w szczycie winkiel w lewo. Ale zasuwam, nie jest tak… zaraz, dlaczego typ przede mną teleportował się o cztery długości? I co to za ryk po obu stronach? E no, chłopaki, czekajcie! Zapłaciłem to mam prawo umierać w pierwszych szeregach!

Motywujące kombo dziewiątki i siódemki.

Motywujące kombo dziewiątki i siódemki.

Byłem ostatni. Podczas debiutu na każde moje kółko inni kręcili minimum dwa. Przypuszczam, że fortel tkwił w skrócie, który odkryłem na trzecim albo czwartym okrążeniu. Jadąca przede mną Kawa odbiła z wytyczonej trasy, przyrżnęła w bandę i, przewalając się na jej drugą stronę, skróciła dystans o połowę. Kilka razy prawie doświadczyłem podpatrzonej metody, ale w ostatniej chwili Tośka stawiała na konwencjonalność. Cóż, może to i dobrze. W końcu czas to nie wszystko, pierwsze skrzypce grają nauka i zabawa. Powtarzając tę mantrę, udało mi się ukończyć kolejne dwie sesje. Chwila słabości przyszła w momencie, w którym muzyka nakręcająca zawodników w „chillout zone” została przerwana nerwowym komunikatem, a następnie zagłuszona przez sygnał karetki.

Zrezygnowany wróciłem do hotelu. Przede mną jeszcze jeden dzień zmagań, a ja już miałem dość. Niech dalej świrują Ci szaleńcy, zasrańcy, niech się łamią i obijają. Ja pasuje. Walcząc z kolejną palpitacją przysięgłem uroczyście, że więcej nie wrócę na tor. Nigdy.

Dzień 2 – Hyde

– Wypierdaaaalaj, kuuuurwaaa!

Ze starosłowiańskim okrzykiem na ustach wyprzedzam zewnętrzną jakiegoś nejkeda. Szorując brodą po ziemi minąłem frajera w szczycie zakrętu i, w ramach udowodnienia wyższości, jeszcze agresywniej szarpnąłem manetkę. Sekundę później zbliżam się do kolejnego łuku. Bez zbędnych ceregieli wciskam do oporu dźwignię hamulca, z całej siły zapierając się o bak. Gałki oczne, które od dobrych dwóch godzin wychodzą z orbit, przyklejają się do wizjera po czym z impetem wiewiórczych jaj walą o jego lewy kant. Kolejny zakręt i kolejna ekipa frajerów do objechania. Wsiadam pierwszemu na ogon, bez litości szykując się do ataku. Traf chce, że to znajomy z wypadu. Przestaniesz się wozić, kutasie. Szybkie przełożenie na drugi bok i gaz. Koleś wymięka, rozkręca wolniej, później. Tośka rwie się w ekstazie, skowycząc od wielokrotnych orgazmów.

– Widziałeś, jak Cię wyprzedziłem? Widziałeś?
– Jak Ty mnie, jak ja Ciebie…
– Jaką miałeś końcówkę?
– A z 17.
– Ja 12.

Z nieskrywaną satysfakcją odszedłem od kumpla, któremu chwilę wcześniej merytorycznie skopałem tyłek (3). To zadziwiające, jak szybko można zapomnieć o niepowodzeniach i z pozycji kata nękać kolejne ofiary. Raptem kilka godzin wcześniej każdą kolejną minutę traktowałem jak ostatnią. Przełom nastąpił w momencie, w którym odkryłem, że są wartości równie cenne jak życie. Zwycięstwo chociażby. Co więcej, fun z jazdy rośnie wprost proporcjonalnie do podejmowanego ryzyka tylko do pewnego momentu. Powyżej trzycyfrowej prędkości ryzyko osiąga krytyczny pułap i staje w miejscu. Za to stężenie endorfiny zapitala w górę niczym cena ropy za baryłkę. Wariacko i nieprzewidywalnie.

Kolega od czereśni na wyjściu z zakrętu. Zaraz rzuci we mnie pestką.

Kolega od czereśni na wyjściu z zakrętu. Zaraz rzuci we mnie pestką.

Nie wpadło mi do głowy, że choć z teoretycznego punktu widzenia moje równanie było poprawne, to kryła się w nim co najmniej jedna niewiadoma. Skryty w cieniu „x” niespodziewanie hycnął z ciemności i ryknął na całe gardło – umiejętności, głupcze! Stało się to zaraz po tym, kiedy wystająca z podnóżka stopa zawadziła o asfalt, rozpraszając skupiony na jeździe motocykl. Ten, złoszcząc się i wijąc, usilnie próbował razem ze stopą zrzucić całą resztę. Chichocząc nerwowo szybciutko zjechałem do boksu.

Przez resztę dnia pokornie jeździłem za zawodnikiem, który starannie i bez nerwów prezentował, o co w tym całym cyrku chodzi. Bo widzicie, wbrew pozorom tor to nie ring. Jasne, czasem używa się łokci albo zasłania gardą, ale nie w tym tkwi sedno. Każdy wyścig to przede wszystkim walka z samym sobą. Oczywiście ekstaza oraz strach towarzyszą tym zmaganiom przez cały czas, jednak moment, w którym przejmują prowadzenie kończy się lotem w skrót oraz biadoleniem na usługi NFZ.

Kilka tygodni później złamałem.

Złożoną przysięgę, oczywiście.

  1. Facet, który jedną ręką wsuwa czereśnie, drugą wypieprza pestki przez okno, wyciąga bosą stopę spod kierownicy by „rozprostować palce” i nadzoruje biznes via sms. Jednocześnie. Prowadząc terenówkę z przyczepą. Na autostradzie.
  2. Autor eseju przezornie nie uściślił, po jakiej drodze.
  3. Lekko minąłem się z prawdą. Tak serio, to po chwili kontemplacji nad „jego” pokazałem „swój”.
Advertisements

3 responses to “Wielokrotny orgazm czyli złamana przysięga

  1. Czuprynie, tekst sam w sobie dynamiczny, jak – mogę tylko podejrzewać – sama jazda na torze. Malutki prztyczek wędruje w kierunku pańskiego upodobania i odwołań do szaleńczego tańca śmierci, na które natknąć się możemy w pierwszej części artykułu. Przez sam szacunek do motocyklistów, którzy stracili swe życie, jak i ich rodzin i przyjaciół radziłbym nie straszyć co drugie zdanie rychłą śmiercią i przekonaniem o nadchodzącym przejściu na „drugą stronę”.

    Szerokiej drogi i wielu inspiracji na następne teksty!

  2. Szanowny Panie Mam2Zeta,

    dziękuję za słowa uznania oraz przytoczoną opinię. Jednocześnie pragnę zauważyć, że nikt nikogo na siodło siłą nie pcha.

    Życzę równie owocnej drogi!:)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s