Blitzkrieg z szatynką czyli mrówki w Bolzano

Ktoś kiedyś wymyślił, że kawiarnie to najlepsze miejsce na rozwijanie świeżych znajomości. Że niby można usiąść, wyłączyć myślenie i skupić się na konwersacji. Jednocześnie, w trosce o kondycję psychiczną i schnące od paplania gardło, serwują Ci różne napoje. Siedzę więc sącząc kolę przez przykrótką słomkę i słucham wywodu o wszechobecnych mrówkach. Słabo, myślę. Mrówki kojarzą mi się głównie z wiekiem wczesnoszkolnym oraz solidnym patykiem, merytorycznie więc niewiele wniosę. Poza tym, raczej nienajlepiej siedzieć naprzeciw uśmiechniętej szatyki i rozważać o jakichkolwiek insektach, choćby to były kolekcje motyli. Trzeba się ratować, ale, cholera, jak… Masu, mordo Ty moja!

Kim jest wyżej przytoczony i co ma wspólnego z nadchodzącą historią? Już wyjaśniam. Masu to typ o osobowości flegmatyka, który przy całym swoim spokoju lubi raz na jakiś czas polecieć z policją na czołówkę. Ot tak, dla sportu. To również jedyny człowiek, który swego czasu dał się namówić na rekracyjny rajd przez połowę Europy. Także dla sportu. To właśnie po tym wypadzie zacząłęm kojarzyć go z lejącą się po łapach pizzą, gardłowo wypowiadanym „kehrrre!” i z mrówkami. Przełykając łyk wygazowanego napoju, zainicjowałem opowieść…

***

…po dniu spędzonym w austriackich Alpach, pędziliśmy w kierunku Werony. Plan był taki, by jak najszybciej dotrzeć do stolicy krótkich, acz hucznych romansów i znaleźć przytulne miejsce na nocleg. Przeliczyliśmy się. Po kilometrach górskich serpentyn nasze tyłki protestowały bardziej zawzięcie niż Solidarność przeciw ustawie emerytalnej. Według mapy najbliższą przystanią było tyrolskie miasto Bolzano. Nie zastanawiając się dłużej, odbiliśmy na stosownym zjeździe, łudząc się smaczną kolacją i miękkim wyrkiem.

W Bolzano przywitał nas komitet złożony głównie z bezdomnych. Jeden z nich zmierzył badawczo cudzoziemskie wehikuły i, z trudem rozszyfrowując rejestracje, krzyknął triumfalnie „Polonia!”. Cóż, ostatecznie miejsce na ławce w parku mieliśmy pewne. Chcąc chociaż odrobinę podnieść standard, udaliśmy się do pobliskiego dormitorium. Pomysł z cyklu „z deszczu pod rynnę”, ale powoli docierało do nas, że założony przed wyjazdem budżet niebawem każe nam wybierać pomiędzy jedzeniem a benzyną(1). Na miejscu okazało się, że nici z noclegowni. Tyle luda napchali, że ciężko byłoby biwakować przed budynkiem, a co dopiero znaleźć kąt pod dachem. Wyznając zasadę, że z pełnym brzuchem to i na gwoździach można spać, przesunęliśmy priorytety. Traf chciał, że w jedynej otwartej knajpce menu było tylko w języku włoskim lub niemieckim. Normalnie żaden problem, ale w duecie z nazwami typu „poranna rosa rozlana po papardelle” czysta loteria. Po przepełnionej napięciem chwili dzióbałem makaron z kiełbasą wyceniony na równowartość 50 złotych. Męcząc kolejne kęsy czułem, że co jak co, ale w tę noc to się nudzić nie będę.

Okolice Bolzano. W dzień.

Powrót do Bolzano. Dla odmiany w dzień.

Niespełna pół godziny później, czule żegnani przez kordony pięknych włoszek, opuszczaliśmy przedmieścia. Niewiasty stały niemal na każdym rogu, serdecznie machając i śląc całusy na drogę. Masu gdzieś wyczytał, że w pobliskim Col di Villa znajdziemy upragniony nocleg. Przewodnik nie wspominał jednak, że do mieszczącej się w górach osady prowadzi trakt pamiętający czasy Cezara, do tego wijący się pionowo w górę. Nie byłoby jeszcze tak źle, gdyby nie całkowity brak oświetlenia. Pusto, głucho i ciemno jak wiadomo gdzie. Wszystko to w połączeniu z serpentynami, żwirem zalegającym na każdym zakręcie i wysokimi na parę metrów, powykręcanymi drzewami po obu stronach drogi. Jeżeli macie marzenia senne rozgrywające się w niedostępnych, dziewiczych puszczach, to właśnie tak to wyglądało. Wypatrując chatki z piernika, odliczaliśmy kolejne kilometry. Nagle, dla podkreślenia grozy sytuacji, Franek wiązący tyłek Masa zgasł(2).

Centralnie, zakrztusił się ze dwa razy i zaniemówił na amen. Cały ten cyrk w środku największej głuszy, do tego na drodze przypominającej masę bitumiczną po nalotach kastetowych. Stanęliśmy tak, zapierając się nogami i, w przypływie narastającej paniki, zaczęliśmy głośno śmiać. Raz, że jesteśmy w środku lasu na ścieżce, która w porywach ma 3 metry szerokości. Dwa, że zleźć z motocykla nie da rady, bo trza go trzymać na hamulcu. Trzy, że jest dobrze po północy, a Franek popierdolił system w miejscu, z którego akurat nie idzie go dopchać do domu. Co robić? Przecież nie będziemy się tak śmiać do rana.

– Dawaj Masu, obrócimy bajki w poprzek i śpimy na poboczu. Rano się ogarnie.
– Z kilometr temu minęliśmy jakieś budynki.
– Co?
– Jak wjechałeś w ogrodzenie, mijaliśmy wtedy jakieś budynki.

A no tak, wjechałem w ogrodzenie. Chciałem pokonać kolejne kehre, ale ręce odmówiły posłuszeństwa i pomknąłem w płot. Albo może po prostu przysnąłem. W każdym razie, fartownie udało mi się odbić od belki i zupełnie rześkim kontynuuować jazdę. Miałem nadzieje, że podczas powrotu nie będę korzystał z podobnych budzików.

Paręset metrów niżej faktycznie mieściła się jakaś farma. Co więcej, wyrwany ze snu gospodarz przekazał na migi, że to poszukiwana przez nas noclegownia. Uradowani, ruszyliśmy do przydzielonego pokoju. Wróć, zapędziłem się. Nieskalane szczęscie blakło w obliczu perspektywy porzucenia jednego z motocykli i wspólnym powrocie na Daytonie do Polski(3). Z myślą, że „jakoś to będzie” zrzuciliśmy nasze problemy na barki następnego dnia. Rozwalając po podłodze motocyklowy ekwipunek, poszliśmy spać.

Droga przy noclegowni. To właśnie nią jechaliśmy przez 20 kilometrów w środku nocy.

Ta droga i być może ten płot.

***

– A jakie w łazience pająki wisiały, jak wróble!
– No dobrze, ale gdzie te mrówki?

Kelnerka przemknęła cichutko, wyczuwając zagęszczającą się aurę. Otóż mrówki były cały czas. Pod podłogą.

***

– Ty, Masu, co to za pyłki wokół kasków? Bez soczewek nie widzę.
– Gdzi… O kurwa!

Pyłki okazały się armią faraonek, która pod osłoną nocy wyruszyła na podbój naszego pokoju. Tak bardzo pochłonęło ją pałaszowanie much zalegających na skórach i kaskach, że bez krępacji kontynuuowała swój blitzkrieg również rano. Pochyliliśmy się nad sprzętem, podziwiając sprawność i zdyscyplinowanie. Gdyby ktoś z Was stanął naprzeciw takim oddziałom – niewiele jesteście w stanie zrobić. Najlepiej wdrapać się na szafę i z góry kontemplować piękno natury. Jeżeli jednak podejmiecie walkę, z całą pewnością nie polecam wykorzystywać w niej wody. Skutkuje to jedynie przemoczonym ekwipunkiem, do tego wciąż pełnym nieproszonych gości.

Rzesza mrówek, zapewne licząc na darmową wyżerkę, postanowiła ruszyć za nami w pościg. Biorąc pod uwagę, że przez kolejne parę dni wytrzepywaliśmy je z kasków, musiały być to elitarne, zaprawione w bojach jednostki. Do dziś noszę w sobie przekonanie, że przegrać z takim przeciwnikiem to nie hańba. Zwłaszcza, że najtwardsze sztuki dotarły z nami aż na południe Francji, raz za razem nacierając na czoło lub szturmując dziurki od nosa.

***

– Haha, to zabawne!

Doprawdy? Skupiłem swój wzrok na sterczącej ze szklanki słomce.

 PS: Franek, po przespanej nocy, odpalił na dotyk. Co ciekawe, po powrocie z tripy znowu zgasł, tym razem permanentnie.

  1. Przekładanie nieuniknionego. Trzy tysiące kilometrów dalej dylematy pokroju „pchać o głodzie i skorzystać z kibla za kasę, czy kupić paczkę orzeszków i iść w krzaki” stały się faktem.
  2. Fireblade 954. Z całym szacunkiem, japońska niezawodność.
  3. Kto siedział na zadupku, ten zrozumie. Komu płaszczyło tyłek przez więcej niż kilometr, nie zapomni nigdy.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s