P jak pojeżdżone czyli Dzień z Matką na plecach

Jak to jeździłeś z matką? Na Tym?!- dla znajomych i rodziny fakt, że mama akceptuje moją pasję, już jest ewenementem na skalę światową. Na wieść o tym, że zdarzało jej się wskoczyć na miejsce plecaka, stukają się palcem w czoło. Nie ma co ukrywać, motocykl jest pojazdem lekko ekstrawaganckim, ale bez przesady. W końcu koła ma równie okrągłe co taczki, a delikatny powiew wiatru skutecznie utrzymuje świadomość pasażera. No dobrze, ale jak z tematem radziła sobie wyżej wspomniana rodzicielka? Cóż…

Zaczęło się w czasach, w których niepodzielnie królowała Kasia – mała, dziarska ścigantka z silnikiem 400cc. Po długiej rekonwalescencji u mechanika stwierdziłem, że trzeba ją w końcu rozerwać(1). Za oknem świeciło jesienne słońce, więc bez głębszych refleksji chwyciłem kask i pobiegłem ku wyjściu. Los chciał, że po drodze wpadłem na Mamę. Ciężko stwierdzić, co przekonało ją do udania się moim tropem. Stawiam na znudzenie i ludzką ciekawość. Reasumując, pierwsze stopnie do piekła.

Nie minęło pięć minut, gdy opatulona w skórzany ekwipunek matula zaczęła gramolić się na tylne siodełko. W głębi duszy śmiałem się z umowy, której jeden punkt kategorycznie zakazywał rozwijania trzycyfrowych prędkości. Przecież tyle to się czołga, nie jeździ. Oczywiście nawet drobnym drukiem nie wspomniałem, że właśnie po raz pierwszy wiozę pasażera. Po co siać panikę? Zwłaszcza, jeżeli pasażer waży niewiele więcej od trzmiela(2) i z powodu tymczasowego paraliżu powstrzymuje się od zbędnych ruchów. Easy.

Kontrast w pełnej krasie - matula szczerzy się na B-Kingu.

Pierwsze kilometry mijały w napiętej atmosferze. Każdy mój start spod świateł po chwili kończył się waleniem w plecy i skargą w okolicach prawego ucha. Asfalt w parze z pogodą nawoływały do zapięcia drugiego biegu, a ja wlokłem się żółwim tempem złorzecząc pod nosem. Kilkaset metrów dalej nie wytrzymałem. Głos zabrały wspomnienia z dzieciństwa podsycające młodzieńczy bunt. Teraz ja miałem rządzić. Rzuciłem za siebie jakiś banał o mocnym trzymaniu się i rozkręciłem rollgaz.

Być może dalszy opis został zniekształcony przez upływ lat i gawędziarskie zapędy. Podane liczby są orientacyjne, jednak nie odbiegają wiele od rzeczywistości.

Przy 160 na przelotówce przez miasto pasażerka przestała mnie walić po plecach. Zamiast tego zawzięcie trzymała się swojej jedynej nadziei. Baku. Nie wiedziała jeszcze, że właśnie zmierza do wesołego miasteczka z darmowym biletem na kolejkę górską. Na horyzoncie zabłyszczał znak. Obwodnica 2 kilometry. Jeszcze pare metrów i…

Lekkie złożenie na zjeździe, redukcja i Kasia niczym rozbrykany urwis ruszyła pędem przed siebie. Nagle, gdzieś w górnych partiach obrotów ostatniego biegu, poczułem, że coś jest nie tak. Na plecach miałem bezwładny ucisk generwowany przez moją mamę. Pierwsza myśl- przeholowałem. Przekonanie, że nadmiar wrażeń i międzygwiezdzna prędkość doprowadziły pasażerkę do utraty przytomności, podwoiło doznania. Powoli odpuściłem gaz i odbiłem na pierwszego ślimaka. Z tyłu wciąż nie dochodziły żadne oznaki życia.

Po zatrzymaniu Kasi poczułem szamotaninę. Dobra wiadomość – ocknęła się. Zła – mam pojeżdzone (3). Walcząc z narastającą zgrozą, powoli zerknąłem przez ramię. Ku mojemu zdziwieniu pasażerka wcale nie uciekała w kanonadzie wyzwisk i krzyków. Wręcz przeciwnie, przytrzymując się siodła rozkładała złożone przez wiatr podnóżki. Dziękując losowi za kolejną szansę, udałem się pod dom. Na pierwszy raz wystarczy.

Do dziś nie wiem jakim cudem moja Mama nie spadła. Ona sama uparcie twierdzi, że jedną stopą zaparła się za wydech, a drugą wodziła za nami w powietrzu. Ktoś mógłby stwierdzić, że taki pierwszy raz skutecznie zniechęca do kolejnych prób. Nic bardziej mylnego.

Szaleństwo? Lepiej tego nie drążyć, może być dziedziczne.

PS: Ostatnio wyżej wspomniana odgrażała się, że po latach męk i trudów napisze książkę o radzeniu sobie z rozhulanym potomstwem. Wiecie, taki poradnik dla kobiet, których synowie rosną tylko optycznie. Normalnie odebrałbym to jako żart, ale wiem, że mówiła zupełnie serio. Cóż Mamo, z okazji Dnia Matki życzę Ci, żebyś wszystkie moje pomysły traktowała z takim dystansem jak dotychczas. I weź nie ciśnij po mnie w tej książce, co?

  1. Tym razem metaforycznie.
  2. Trochę niefortunne porównanie. Chodziło o to, że jest mała, ale bzyka. Tzn. no, buczy. Trzmiel to po prostu fajniejsze słowo niż osa, ok?
  3. I to drugie, też na „P”, również.
Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s