Rozwarta muszelka czyli spotkanie nad przepaścią

Podróżowanie na motocyklu to piękne, ale zarazem często stresujące zajęcie. Nie zrozumcie mnie źle, za każdym razem nogę przez siodło przerzucam z wielkim zapałem i podekscytowaniem. Jadę na kawałku złomu (sry, Tośka), świat jest piękny, a ja drę się w niebogłosy. Głównie z radości. Sęk w tym, że tak jak każdy marynarz raz na parę miesięcy musi doprowadzić błędnik do porządku(1), tak motocykliści lubią czasem rozprostować obolałe stawy. Dzisiaj rzecz będzie jednak o sytuacjach przeciwnych. O ucieczkach z portu w morze. A ściślej mówiąc, o sprintach z gatunku „na moto i hyc”.

Zdarzyło się to całkiem niedawno, w krainie zwanej Mur n Akush. Popołudniowe Słońce powoli zwijało manatki, a ja walczyłem o przetrwanie jakieś pół tysiąca kilometrów od najbliższego portu. No dobrze, słowa te są trochę przesadzone, ale użyte zupełnie świadomie. Droga wiła się niczym macki al dente boga od spaghetti, wiało jak diabli, a w powietrzu unosiły się tumany pyłu. Pośród zamieci wesoło zasuwały postkomunistyczne ciężarówki, zdezelowane skutery i, raz na jakiś czas, wspinające się w górę zziajane kundle. A, właśnie, wpinające się bo to w górach było. W dodatku nie byle jakich, skoro ich nazwę noszą książki z mapami całego świata.

Taragany wspomnieniami z europejskich przełęczy, zawzięcie parłem do przodu. Wtedy jeszcze liczyłem, że wraz z wysokością piach ustąpi miejsca skałom, a panoszące się pomiędzy wzniesieniami przeciągi zmienią swój narowisty charakter. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów dałem jednak za wygraną. Spokojnie wyhamowałem, rozłożyłem dziarsko nóżkę i przy zgrzytach wydawanych przez kość ogonową, zsunąłem się z siodła. Przede mną rozciągał się niesamowity widok. Droga niknęła za olbrzymią skarpą by wyłonić się ponownie kilkadziesiąt metrów niżej. Środkiem dziurwego asfaltu szedł bezpański pies. Jego skudłacona, brudna sierść współgrała z rozciągającymi się aż po horyzont ośnieżonymi szczytami. Rozkoszując się widokiem, powoli skierowałem wzrok w dół. Pode mną była przepaść(2).

Nie wiem, co wtedy mną kierowało. Z trudnej do wyjaśnienia przyczyny, uznałem, że głęboka na kilkanaście metrów wyrwa rozciągająca się nie dalej niż 40 centymetrów od mojego motocykla, jest zupełnie zwyczajna. Na tyle zwyczajna, że zwyczajnie jej nie zauważyłem. I co z tego, że wiało akurat w stronę jej krawędzi, niech sobie wieje. Zamiast uciekać gdzie pieprz rośnie, wyjąłem spokojnie aparat i zacząłem robić zdjęcia (3).

– Hello my friend. It is really dangereous to stop here. Do you want buy some fossils?

Zdumiony obróciłem się za siebie. Niespełna dwa kroki dalej stał człowiek owinięty w brudną, wełnianą tunikę. Spośród łachmanów widać było jedynie jego czarne, przenikliwe oczy, wyszczerzone żęby i ręce, w których trzymał kolorowe kamyczki.

– See, veeery unique, veeery beautiful. Orginal minerals, cheap, look my friend.

Zmierzyłem przybysza wzrokiem, analizując zbierane przez ślepia dane. Ostatnią osade minąłem dobre 20 kilometrów temu. Na lewo nic, na prawo nic. Nawet pies gdzieś zniknął. Jedynie piach, wpatrzony we mnie przybysz i ja. Bogaty o zdobyte wcześniej doświadczenie wyciągnąłem paczkę czerwonych malboro i zachęcającym gestem pokazałem na wystające z niej fajki. Nie to, żebym nie umiał odpowiedzieć. Sęk w tym, że akurat nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Mężczyzna łapczywie wyciągnął papierosa i wskazał palcem na drugi. A później na trzeci. Dla świętego spokoju poczestowałem go i czwartym. Wbrew moim oczekiwaniom, gest ten nie przyniósł żadnego efektu. Papierosy zniknęły gdzieś w zakamarkach potarganej tuniki, a w rękach Berbera znów tkwiły błyszczące kamyczki.

– Look my friend, veeery beautiful, look… – z promiennym uśmiechem przybysz na nowo rozpoczął swój marketing.

Zanim przejdę do dalszej części muszę podkreślić jedną rzecz – strategia sprzedaży, którą reprezentował wyżej opisany, w krajach Afryki Północnej nie jest niczym niezwykłym. Najpierw obiera się cel, im większy frajer tym lepiej. Później rzuca kilka niewinnych uwag na temat pogody, by nagle, bez żadnego ostrzeżenia, rozpocząć frontalną szarżę. W ten sposób sprzedaje się wszystko, od jedzenia, przez dywany, po twarde narkotyki. Bez względu na porę dnia, siedem dni w tygodniu(4). Normalna rzecz nawet w najbardziej zapomnianej wsi o objętości 5 szałasów i dziurze na deszczówkę. Ale skąd, do cholery, ten facet wziął się w takim miejscu?

Stałem jak wryty, czekając na rozwój wydarzeń. Nagle akcja z impetem ruszyła do przodu – mój tępy wyraz twarzy został odebrany za przejaw tęsknoty za domowym ogniskiem. Przybysz, błyskawicznie przystosowywując się do sytuacji, wyciągnął koraliki z amonitów i tonem eksperta stwierdził, że będą idealnie leżeć na mojej żonie. Czasem zdarzają się sytuacje, w której nowa znajomość z pod szyldu intrygująca i urocza w oka mgnieniu przechodzi pod szyld irytująca i upierdliwa. Tak się właśnie stało. Widząc grymas z wolna wykrzywiający moje oblicze, zwitek łachmanów z mężczyzną w środku rzucił się biegiem w górę. Nic to, nadszedł czas by ruszyć w dalszą drogę. Aparat schowany, rękawiczki są, kask jest, pooooowoli, bo przepaść, no to w…

– Wait, wait!

Koleżka, plując i głośno sapiąc, znów stał obok mnie. Tym razem w dłoniach dzierżył pokaźny kaliber – wielką skałę przez której obwód przebiegało wyraźne pęknięcie. Ze skupioną miną rozwarł dwie połówki i nabożnym ruchem, niby największy, owiany legendą skarb, odsłonił skrywaną pomiędzy nimi zawartość. Moim oczom ukazał się odlew w kwarcu o znajomych kształtach. Przyjrzałem się uważniej. Przed sobą miałem najbardziej waginowatą muszlę, jaka została odkryta przez człowieka(5).

Dość. Szarpnąłem nadgarstkiem i wystrzeliłem przed siebie. Jeden zakręt i biegnący za mną domorosły geolog zniknął z widoku lusterek. Nie wiem, co za tym stoi, ale podczas wszystkich wypadów próbowano mi wcisnąć przeróżne rzeczy. Raz roześmiany murzyn chciał pakować na mój motocykl piękny, ręcznie malowany pejzaż(6). Innym razem równie roześmiana dziewczyna o wątpliwej reputacji bez większych ceregieli próbowała zapakować siebie. Ale kawałka głazu z odciśniętą waginą w środku nie zapomnę nigdy.

Śmiejąc się w duchu, wróciłem na morze zostawiając za sobą płonący port.

  1. Zastanawialiście się kiedyś, czemu marynarze w portach tyle chleją? Easy, błędnik upomina się o swoje, a później przechodzi w tryb automatyczny.
  2. O niewątpliwym talencie do wyboru miejsc parkingowych już kiedyś wspominałem. Od tego czasu nic się nie zmieniło.
  3. Taka metafora, pieprz tam nie rośnie. Za to rosną w najlepsze inne zioła np: cannabis.
  4. Wyjątkiem jest Ramadan, wtedy metoda praktykowana jest tylko w nocy. W dzień nie kupicie nawet wody mineralnej, choćbyście błagali o nią wysychając na amen w rynsztoku.
  5. Najprawdopodobniej był to trylobit w połączeniu z moją brudną wyobraźnią. Albo po prostu największa khym… muszelka wśród wszystkich trylobitów.
  6. O wymiarach, tak na oko, 150×100 cm. 5 tysięcy kilometrów od domu.
Reklamy

3 responses to “Rozwarta muszelka czyli spotkanie nad przepaścią

  1. Hahaha, popłakałam się ze śmiechu 🙂
    Bardzo mi się podoba Twój styl pisania, przyjemnie się czyta.

      • No ładnie, się chichram 🙂 Zaczęłam czytanie od najnowszych wpisów, ale tak dobrze mi się czytało, że się cofałam do coraz starszych wpisów…aż przy tym już nie mogłam sobie odmówić komentarza 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s