Brudne pieluchy czyli kabanos roku

Tradycyjnie jestem niepoprawny. Wielopoziomowo. Zamiast kontynuować zaczętą na wiosnę pracę, rozbijałem się po Bogu ducha winnej Europie i fikałem kozły na torach. Teraz, zamiast lizać nabyte w sezonie rany i czyścić naćwiekowaną muchami skórę, zabieram się ponownie za pisanie. Powód jest ten sam, co kilka miesięcy temu – natłok myśli wynikający z tęsknoty za jednośladem musi znaleźć ujście. Fakt, mógłbym wzorem innych bikerów przezimować zastój w garażu bądź zawinąć ciepły szalik wokół kasku i rzucić się w wir ulicznej walki. Parę lat temu pewnie już dawno bym nie wytrzymał i olał konwenanse. Lata już jednak nie te, a i kolana stanowczo buntują się przeciwko notorycznym odmrożeniom. Pozostają ciepłe gacie i pisanie.

Skoro już jesteśmy przy temacie niepoprawności, warto podkreślić, że w moim przypadku nie jest to cecha, która ewoluowała przez całe życie. Nie, do 16 roku życia mój rozwój przebiegał poprawnie. Później szatańskie siły przejęły nade mną stery i skierowały większość uwagi na jednoślady. Od tego momentu nastąpił regres. Przykład? Trzy dni po zdaniu prawka kupiłem pierwszy motocykl. Było to Kawasaki ZXR 400. Cudowna, nowoczesna sylwetka oraz gumowe przewody nadające jej aerodynamiki na zawsze pozostaną w mojej pamięci. Całość skąpana w niebanalnej kompozycji różu, czerwieni i fioletu. Czy nastolatek może chcieć czegoś więcej? Otóż może. Trzeba było ten związek zalegalizować.

Najbliższy przegląd techniczny leżał niespełna 2 kilometry od mojego domu. Spokojna, miejska uliczka, raptem dwa zakręty na krzyż. Faktycznie, podróż przebiegła bez większych problemów. Na miejscu jednak sprawy przybrały bolesnego obrotu. Chwila nieuwagi, skręt w zły zjazd i pod koła, zamiast gładkiego asfaltu, trafiła rzeka żwiru. Nie przejmując się tym nadto postanowiłem zawrócić. W tym momencie przygoda gwałtownie dobiegła końca. Kontrolę nad Kasią przejęła grawitacja, bezceremonialnie rzucając ją o glebę. Efekt? Rzeka lepkiego płynu tworząca plamę o średnicy ponad metra. Diagnoza? Przebita osłona alternatora. Nie, nie ze stali. Z aluminium.

O tym jednak dowiedziałem się w momencie, w którym bezzwłocznie rozkręciłem Kasię i zabrałem dekiel do pobliskiego spawacza. Osąd był równie szybki, co decyzja o rozebraniu. Niestety, poskładać wszystko w całość już mi się nie udało. Później wyszło na jaw, że w międzyczasie zdążyłem uszkodzić alternator i prawie zatrzeć silnik. Złe dobrego początki? Ta, jasne.

Po opanowaniu paniki i zebraniu myśli zorganizowałem support znanego z opowieści mechanika. Za transport posłużyła ciężarówka do przewozu mebli, z paką na wysokości oczu. Mechanikiem był człowiek, który większość swojej kariery spędził na Torze Poznań. Gdyby nie fakt, że Kasia nie bardzo chciała wejść na pakę to uznałbym, że powyższe zestawienie się równoważy. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że to nie koledzy pomogli uporać się z problemem. Na wysokości zadania stanęła moja mama wraz z zawsze skorym do pomocy dziadkiem. Za swoje trudy dostali niebawem solidną rekompensatę.

Warsztat okazał się starą stodołą przy niewielkim, postkomunistycznym domu. Mechanik całkiem sympatycznym, rzeczowym człowiekiem. Miał również bonusową, niepowtarzalną cechę – swoją rodzinę. W tym miejscu cofnijmy akcję parę dni do wstecz. Kasia została nabyta za Odrą przez, fanfary, moją rodzicielkę. Sprzedawca był mężczyzną przed trzydziestką, który po sporządzeniu umowy skupił się na historii swojego życia. W skrócie: spylił motocykl, ponieważ kumpel z garażu zmarł mu na rękach. Pro forma dodam, że opowieść ta zasiała w kupującej ziarno niepewności. Zapoznawszy Was z tym faktem możemy zebrać plony. Wyobraźcie sobie minę mojej mamuśki, kiedy po dotarciu do warsztatu została przywitana przez rówieśniczkę z paczką zużytych pieluch w ręce. Ciąża tuż przed menopauzą? Bynajmniej. Okazało się, że w pobliskim budynku leży jej syn z którego pasja motocyklowa (oraz spora doza głupoty) zrobiła, delikatnie mówiąc, kalekę do końca życia. Wybaczcie mi porównanie, ale poczułem się jak czarny koń w wyścigu o tytuł kabanosa roku.

Każdy przechodzi przez szkołę życia, jednak większość ludzi traktuje ten fakt jak niezbędną lekcję. Trzeba być albo totalnym idiotą albo lemingiem, który nie potrafi wyciągnąć wniosków z przeżytych doświadczeń. Hej-ho, rzućmy się na łeb ze skały, polatajmy! Co ciekawe, niespełna dwa tygodnie później odebrałem maszynę i ruszyłem na podbój miasta. Do następstw tej decyzji wrócę niebawem, dziś powiem tylko, że niektórym nie wystarczy jeden chrzest bojowy. Po Ziemi chodzą osobowości, które, dysponując odpowiednią technologią, zapisywałyby stan swojego życia tuż przed kopem w tyłek i odtwarzały jego przebieg w nieskończoność.

Teraz już wiecie, na czym polega przytoczona we wstępie niepoprawność?

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s