Nauki babuni czyli wycieczka nad Ren

Za oknem przedpołudniowe słońce maltretowało pożółkłą florę. Pochylony nad mapą dokładnie studiowałem trasę. Wystarczy wyjechać na obwodnice, zjechać centymetr dalej, później krótki rajd na Mainz, a z tamtąd rzut beretem do Bingen. Niespełna 30 minut jazdy z Tośką i jestem nad Renem. Skały, zameczki, żaglówki, czego więcej trzeba? Z podekscytowania  oblegające żołądek śniadanie zawirowało niczym skarpetki w pralce. Jedziemy! W biegu rzuciłem, że wracam za dwie godziny i bez ceregieli zapiąłem jedynkę. Zegar wybił jedenastą.

W tym momencie warto nakreślić historyczny aspekt opowieści. Otóż jestem człowiekiem odpowiedzialnym. Gdzieś pod koniec 5 klasy nauczyłem się tego od babci. Po wydłużonym do kilku godzin powrocie ze szkoły przywitała mnie tak, bym przypadkiem nie zapomniał jej wylewności do końca życia. Biorąc pod uwagę opisane doświadczenie nic nie zapowiadało tego, co miało się wydarzyć.

Problemy zaczęły się stosunkowo szybko. Pare centymetrów żółtej drogi okazało się kilometrami rozgrzanej do czerwoności autostrady. Nie zwyczajnego, monotonnego odcinka z leniwie sunącymi puszkami. Prawdziwej, szkopskiej autostrady w godzinach szczytu. Survival rozpoczął się zaraz po pokonaniu ślimaka. Manewrowanie między samochodami byłoby całkiem przyjemne, gdyby nie determinacja, z jaką usiłowały pozbawić mnie życia. Niczym casting do roli piłeczki w Pongu. Szczyptą optymizmu sypnęli rodacy, którzy w całej tej plontaninie bez trudu wypatrzyli moją flagę na blachach. Po 5 minutach okrzyków udało mi się ustalić, że jest ich czwórka i bardzo nie lubią korków. Czas płynął.

O godzinie 13 dotarłem do Bingen. W tym miejscu mógłbym pochwalić Niemców za znajomość lokalnej topografii i finezje we władaniu angielskim. Mógłbym, ale to przecież oczywiste. Dodam tylko, że niespełna 20 km od celu w końcu trafiłem na osobę potrafiącą wskazać przybliżony kierunek. Niestety, jedynie na migi. Na miejscu spotkała mnie kolejna niespodzianka. Owszem, w stronę Oberwesel nad Renem prowadzi droga widokowa zarezerwowana dla jednośladów. Dokładniej, dla rowerów. Policjanci pilnujący ścieżki przesunęli moje plany na inną okazję. Wyjściem z sytuacji była alternatywna szosa położona w cieniu okolicznych pagórków. Co prawda od rzeki dzielił mnie na przemian pas zieleni i zabudowań, ale jak się nie ma co się lubi…

Trafiłem do bajki. Ren okazał się swego rodzaju autostradą, której prądy niosły setki statków. Począwszy od ogromnych transportowców, skończywszy na malutkich barkach, wszystkie sunęły majestatycznie w dół. Zwiedzany przeze mnie odcinek leżał w cieniu skarp na których roiło się od zamków. W zasadzie każde wzgórze zajęte było przez średniowieczną warownię, kościół albo wykutą w skale osadę. Dodajcie do tego gładki jak pupa niemowlęcia asfalt i delikatne, okryte cieniem zakręty. Tosia ochoczo sunęła przed siebie, a ja z bananem na ryju delektowałem się widokiem. Gdybym chociaż na chwile zerknął na zegarek wiedziałbym, że właśnie dochodzi 14.

Beztroskę przerwała żółta kontrolka skutecznie przenosząca skupienie z okolicznych zamków na okoliczne stacje. Z tymi nie było większych problemów i chwilę później stałem już przy dystrybutorze. Ok, tak naprawdę usiłowałem stać. Skórzany kombinezon plus 32 stopnie w cieniu współgrały w idealnej harmonii tworząc mobilny piekarnik. Smaku przygotowywanej potrawie dodawał również inny fakt- portfel wypluł różową dyszkę i zabrzęczał w pogardzie paroma centami. Planując wycieczkę nie wziąłem pod uwagę, że będe go potrzebował. Teraz się mścił. Powiadają, że doświadczenie zdobywa się zaraz po tym, jak było potrzebne. To prawda. Nigdy więcej nie wybierałem pomiędzy półlitrowym powerraidem, a dodatkowym litrem paliwa(1).

Rzut okiem na zegarek wystarczył, by podjąć decyzję o powrocie. W trosce o Kobietę wysłałem krótkiego smsa, że żyję i pięknie jest. Komórka wylądowała gdzieś w plecaku, a ja pośpiesznie ruszyłem w stronę domu. Przez Koblenz. W końcu nie wypada wracać tym samym szlakiem, a według miejscowych właśnie tam znajdował się najbliższy most. Drugi brzeg kusił serpentynami, a ja, motocyklista doskonały, musiałem go zdobyć. Czym w porównaniu do tego jest dodatkowe 50 km(2)?

Koblenz okazało się całkiem sporym miastem w ciekawym stylu. Ze względu na Tośkę zachłannie pijącą wachę budowlą budzącą najmilsze odczucia był most. Piękny, potężny, dostojny most łączący moją stronę z przeciwną. Ktoś przewidział jednak, że mogę przez niego przejechać tracąc przy tym kontakt z miejscową architekturturą. By temu zapobiec, odpowiednio oznaczył teren i cierpliwie czekał. Wiedział, że dzięki niemu zwiedzę niektóre uliczki nawet po dwa razy. Nie mylił się. Po przepełnionych naturą poznawczą 40 minutach pędziłem przeciwległym brzegiem w stronę Wiesbaden. Nie, wróć. Teleportowałem się. Tylko w ten sposób moge wytłumaczyć tajemnicze zniknięcie kolejnych 2 godzin i kompletną amnezję. Moja podświadomość zakodowała jedynie kierowcę tira, który pomimo wypełnionej balami przyczepy dotrzymywał Tośce tempa. Nie przeszkadzało mu w tym ani bystre urwisko, ani autor, który z duszą na ramieniu kilkukrotnie przymierzał się do wyprzedzania. Niemieccy kierowcy to profesjonaliści. Nic więcej nie pamiętam. Zaginanie czasoprzestrzeni to proceder, który kosztuje.

Słońce leniwie zbliżało się ku zachodowi. W drzwiach domku letniskowego przywitała mnie Kobieta. Z obojętną miną leżała wyciągnięta na tarasie. Zasugerowała, bym w wolnej chwili sprawdził komórkę. Sprawdziłem. Musze przyznać, że mimo dzielących ją pokoleń w niczym nie ustępuje babci sprzed lat.

PS: Dla wszstkich chcących zobaczyć opisany szlak:  wystarczy wbić na mapy google i w celach podróży wpisać kolejno Kahl am Main, Bingen am Rhein, Boppard, Koblenz, St. Goarshausen, Geisenheim, Kahl am Main. Enjoy!

  1. spróbujcie postawić sobie pytanie: lepiej paść teraz czy przy motocyklu, który sam skonał z pragnienia?
  2. wtedy jeszcze nie wiedziałem, że przez Ren można przepłynąć za grosze barką. Podobno minąłem 6 takich okazji;
Advertisements

One response to “Nauki babuni czyli wycieczka nad Ren

  1. Witaj, wędrowcze.

    Opowiedziałbym tobie jedną ze swoich wariackich przygód, jednak jest pewien szkopół. Po prostu lubię wypić zanim wsiądę na swojego żelaznego rumaka – dlatego też średnio pamiętam warte zapamiętania wojaże na trasie: Mlądz – Krobica (szalone 7 kilometrów jednopasmowej drogi). Wiele mądrych rzeczy opisujesz na swojej stronie internetowej. Myślę, że czas, bym to właśnie ja stanął w szranki o tytuł najlepszego moto-bloggera na tym padole.

    By zarzucić przynętę dam małą zajawkę tego, co jeszcze pamiętam sprzed niepamiętnej libacji upamiętniającej śmierć Janka – motocyklisty. Lubił ryzykować, szaleniec na jednośladzie. Jak zginął?

    Zapił się w swojej altance A właściwie w altance pani Ludomiły, która tydzień dochodziła do siebie po zobaczeniu zapitego Januża.

    Pozdrawiam,
    Gienek, lat 67
    Posiadany sprzęt: stara MZ-ka z silnikiem od Łady. Na gaz!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s